Immerine.

Menu.

Straciło trochę czasu :. Z góry dziękuję.

 °Główna.
 °Księga.
 ° Do ulubionych?

Niech się święci, cud niepamięci



Rozdział I, Szare Chmury

Rozdział II, Dom We Mgle

Rozdział III, Kto dostanie prezent, a kto odpowiedź

Rozdział IV, Pył na wietrze

Rozdział V, Pierwsze próby

Rozdział VI, Jak grom z jasnego nieba


Oni są dla mnie ważni

Słowo pisane w sieci oceniane

Oceniają z klasą

Oceny i porady blogowe

Vis Maior
Ochrzan


Credits

Stworzył Artur pobrano z Szablony Inventive
Powered by blog
Picture from Pictures for you
 °All Rights Reserved



Rozdział VII,
Prawda w oczy kole


sobota, 22 grudnia 2007, 18:59:07

No cóż, wesołych Świąt.

Rozdział VII
Prawda w oczy kole

„A kto usłyszał i nie wykonał, podobny jest do takiego człowieka, który dom postawił na ziemi, bez fundamentów. Rzeka przedarła się do niego i prędko się zawalił. Ruina tego domu stała się wielka".
- Łk 6, 49

Potężna, stalowa maszyna wypluwała z siebie kłęby duszącego dymu. Pomalowana przed laty na czerwono, teraz przypominała tracącego skórę, tłustego węża. Jak na początek września było przeraźliwie zimno; w dodatku lał deszcz. Na obskurnym peronie kolejowym w Charmsville stało zaledwie kilku przyszłych uczniów college’u w Dragonsbury. Stacja kolejowa, zapomniana przez wszystkich, cieszyła się złą sławą i była – jak mówiły liczne plotki – istną wylęgarnią młodych buntowników, którzy spędzali tu czas na filozoficznych rozmyślaniach o cenach alkoholu w sklepach, oraz określaniu swoich rodzicieli możliwie największą liczbą wyszukanych epitetów.
Athena ściskała w ręku różową parasolkę, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń ponad ramieniem małej Amy. Dziewczynka uparła się, by odprowadzić ją na stację i bez końca zanudzała ją swoimi dziecinnymi mądrościami. Na początku Ath próbowała wsłuchiwać się w wykład małej, ale przy słowach „kiedy spotkasz przystojnego chłopaka, zapytaj go, gdzie mieszka i jak ma imię”, zaczęła powoli się poddawać.
Nakryta jaskrawo pomarańczowym płaszczem przeciwdeszczowym czekała, aż konduktor łaskawie raczy otworzyć drzwi do pociągu. Niestety, starszy, siwy pan, którego ledwo mogła dostrzec przez zaciągnięte parą szyby przedziału, kuśtykał przed siebie w iście żółwim tempie.
Przeszedł ją dreszcz; od paru minut wydawało jej się, że ktoś ją obserwuje.
Z niskiego, betonowego korytarza, prowadzącego na peron, dobiegało ją miarowe stukanie wysokich obcasów. Po kilku minutach z szarości, spowijającej świat jak aksamitna chusta, wynurzyła się starsza, koścista kobieta o długich, prostych włosach w ciemnym odcieniu miedzi, poprzetykanych już srebrnymi nitkami. Ubrana była w zieloną suknie, pamiętającą już lepsze czasy, jednak nadal nadającą szyku właścicielce.
- Ath, złotko, przyszłam się pożegnać – wyszeptała pani Jenkins, serdecznie przyciskając dziewczynę do piersi. Athenie gardło ścisnęło się z emocji, a po twarzy spłynęła, parząca jak najprawdziwszy ogień, łza. Z trudem przełknęła ślinę i spojrzała w smutne, zielone oczy opiekunki, te same źrenice, które przez lata przyglądały się jej, jak dorastała.
Czuła, że już nie zobaczy Charmsville, że ambicje zaprowadzą ją w najodleglejsze zakątki świata, ale nigdy do tej pogrążonej w uroczej, archaicznej stagnacji mieściny.
- No, nie płacz mała, wrócisz tutaj. Ja zawsze będę czekała, nie planuję dalekich podróży. Wiesz, że jesteś dla mnie jak córka i możesz wrócić w każdej chwili – głos Jenkins zadrżał i złamał się na pół jak suchy patyk.
Bez słowa wepchnęła Athenę do pociągu i zatrzasnęła za nią drzwi, nie dając nawet możliwości rozmowy z Amy.
Dziewczyna wdrapała się po schodkach i usadowiła w pustym przedziale. Walizkę rzuciła obok siebie na podłogę, zupełnie nie przejmując się jej losem. Przez brudną szybę, którą wydawały się omijać nawet krople deszczu, obserwowała małą, złotowłosą dziewczynkę, machającą jej z zapałem na pożegnanie i obejmującą ją kobietę. Uśmiechnęła się blado i zmrużyła oczy, a pociąg ruszył przed siebie z przeciągłym gwizdem.
Otoczył ją świat dźwięków; monotonne sapanie lokomotywy i szum wody za oknem zlewały się w jedno, tworząc bezdenne jezioro szeptów.
Myślała o tym, jak bardzo zmieni się jej życie, gdy zamieszka w internacie. Z całą pewnością pozna ludzi o podobnych do niej ambicjach, znajdzie wśród nich dobrych znajomych, może nawet przyjaciół na całe życie. Nie żałowała tego, że zostawiała za sobą Marcusa. Od pewnego czasu denerwowała ją jego bierność i to, że tak dobrowolnie godził się na ciągnięcie w nieskończoność utartego schematu dziedziczenia po ojcu zawodu. Nie wyobrażała sobie swojej dalszej egzystencji w Charmsville, w tym hermetycznym słoju, w którym hodowano coraz to bardziej uzależnione od kapryśnego słońca rośliny.
Odprężyła się i wyciągnęła wygodnie na siedzeniu, rozprostowując nogi. Ziewnęła, pokazując walizce, nadal spoczywającej bezładnie na podłodze, swoje lekceważenie i ogólne zmęczenie życiem. Nie spodziewała się wybuchu entuzjazmu ze strony tajemniczej, małomównej towarzyszki podróży, więc zignorowała jej milczenie równie dystyngowanie, jak tamta ośmieliła się nie zauważyć swojej właścicielki.
Nie spała wiele poprzedniej nocy; chciała uniknąć koszmarów, więc zupełnie poświęciła się powtarzaniu materiału z biologii przerabianego w szkole przez ostatni rok. Ciążyły jej powieki, a przed oczyma wirowały czerwone plamy. Skrzywiła się i zwinęła w kłębek. Przez chwilę każdym mięśniem walczyła z samą sobą, po krótkiej chwili jednak zapadła w sen.


***


Była tylko zimna ciemność, z której niezwykle powoli wyłaniały się pojedyncze kształty. Najpierw zaistniał wspaniały zamek na wzgórzu, o lśniących złotem murach, następnie, jak na zawołanie, pojawiła się wąska, piaszczysta ścieżka do niego prowadząca. Za Atheną ciemniał las, stary jak świat, a może i jeszcze bardziej leciwy. Niebo zasnuwały czarne chmury, a w gałęziach złowrogo szumiał wiatr.
Przed nią stał wysoki, szczupły mężczyzna o długich, czarnych włosach, ubrany w fioletową szatę przetykaną srebrnymi nićmi. W jego postaci zdecydowanie było coś z kruka; nie mogła się jednak zdecydować, czy był to haczykowaty nos, czy dłonie o długich, wąskich palcach zaciśnięte na rubinowej gałce laski, przypominające szpony.
- Co się dzieje? Kim jesteś? Gdzie ja jestem? – Zapytała. Oprócz strachu ten mężczyzna wzbudzał w niej jeszcze jedno uczucie, którego nie mogła do końca zdefiniować. Współczucie?
Tajemniczy towarzysz wyciągnął przed siebie rękę, jakby chciał ją zatrzymać. Cofnęła się z przerażeniem i zupełnie przez przypadek spojrzała mu w oczy.
W tej szarej przestrzeni formowały się tysiące niewypowiedzianych słów, wsiąkając jeszcze przez ostatecznym ukształtowaniem w nicość. Setki lat przemawiały skomplikowanym językiem odcieni nieba przed deszczem.
Jasny, pełen zakrzepłego, starego żalu wzrok spoczął na jej policzku. Jego usta poruszały się bezgłośnie. Athena czuła, że jeżeli nie odejdzie w przeciągu paru sekund, zostanie tu na zawsze. Z drugiej strony, nie była pewna, czy naprawdę chce opuścić to miejsce.
- Nie idź tam, Atheno Emeley – usłyszała znajomy głos. W jednej chwili uświadomiła sobie, że to nie jest prośba, ale rozkaz.
- Wiesz, że zrobię ci na złość?! Nie mam zamiaru się ciebie słuchać! Jakie masz prawo, aby mi rozkazywać?! – Wrzasnęła na cały głos i uderzyła stojącego przed sobą mężczyznę w twarz. Ten cofnął się o krok i spojrzał na nią zimnym, obojętnym wzrokiem.
Teraz, kiedy zrozumiała, że to on przez tyle czasu prześladował ją w snach, nie czuła już litości ani współczucia, tylko piekącą nienawiść. Biegiem ruszyła przed siebie, potykając się na kamieniach spoczywających na drodze. Co chwila oglądała się za siebie, by sprawdzić, czy nikt jej nie goni. W głębi serca miała nadzieję, że będzie próbował ją zatrzymać choćby i siłą, przejawiając jakiekolwiek zainteresowanie jej dalszym losem.
Mężczyzna stał jednak nadal w tym samym miejscu jak słup soli, wpatrując się w nią z wyrazem lekkiego rozbawienia na twarzy. Wyimaginowany wiatr lekko poruszał jego płaszczem, a słońce utkane z marzeń sprawiało, że srebrne nici na jego szacie lśniły jak wąskie strużki wody.
- Żegnaj, Szara Gwiazdo – rzekł i zwinął się, jak mocno rozciągnięty fragment tkaniny, by odpłynąć wraz z resztą snu w niebyt.



***

Dragonsbury różniło się od Charmsville we wszystkich możliwych szczegółach. Nie można było tu uświadczyć tej sennej, obezwładniającej atmosfery. Było to stare miasto nauki, w którym historia spotykała się z nowoczesnością, tworząc niesamowity, fascynujący mariaż. Przez wąskie, pełne różnokolorowych straganów z przecenionymi książkami uliczki przelewały się gwarne fale studentów. Wydawało się cudem, że ściany licznych budynków z czerwonej cegły do tej pory nie zawaliły się od tłoku i wszechobecnego hałasu.
Z kolei na głównej ulicy panowała nienaturalna cisza, spowodowana zapewne budzącą nabożny szacunek obecnością profesorów. Te uczone głowy, zazwyczaj przyprószone już siwizną, można było dostrzec zza zielonych parawanów utworzonych przez równo przystrzyżone żywopłoty. Właściciele ważkich umysłów przechadzali się w tę i z powrotem dostojnym krokiem, często dyskutując na naukowe tematy ze swoimi znajomymi. Nieraz można było usłyszeć, jak taki wykształcony, ale i dobrze wychowany człowiek unosił się słusznym gniewem i podniesionym głosem wyłuszczał towarzyszom swoje racje. Na niskich, niedawno malowanych ławeczkach narodziła się niejedna wielka idea, całkowicie zmieniając przyszłość ludzkości, o czym, niestety, maluczcy przyglądający się swoim genialnym pomocnikom, nie wiedzieli.
W takiej oto niesamowitej atmosferze do miasta swoich marzeń wkroczyła Athena Emeley, otwierając szare, mętne jak gesty krupnik oczy szeroko w wyrazie najwyższego zachwytu. Bez końca obracała się w kółko z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami, w które wpadały jej kwaśne krople deszczu. Nigdy do tej pory nie wyjeżdżała z Charmsville, nie licząc niemających końca podróży palcem po mapie. Tłum ludzi porywał ją ze sobą, miotając po całym ogromnym rynku, na którym się znalazła. Ciągnęła za sobą walizkę na kółkach, którą niełatwo było jej sterować, więc raz po raz przewracała się na ziemię, przeklinając siarczyście.
Rozpaczliwie poszukiwała wzrokiem jakiegokolwiek znaku mogącego jej wskazać drogę do college’u, albo znajomej, przyjaznej twarzy.
W co ja się wpakowałam. Zapomniałam wziąć ze sobą planu miasta, a Dragonsbury to ogromna metropolia, trzy razy większa od cholernego Charmsville!
Nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Wzdrygnęła się, ale nie obejrzała za siebie.
Jeszcze tylko zboczeńców mi do szczęścia brakuje.
Zebrała resztki odwagi i wrzasnęła na całą ulicę:
- Proszę mnie w tej chwili puścić! – Wyrwała się z uścisku nieznajomej dłoni i obróciła do tyłu. Stała tam, ku jej zdziwieniu, Nathalie Jones, uśmiechając się pobłażliwie. Ubrana była w białą, męską koszulę oraz eleganckie, czarne spodnie. Na szyi niedbale zawiązała niebieski fular, wspaniale podkreślający kolor jej oczu. Jasne włosy związała z tyłu w koński ogon wstążką w tym samym odcieniu.
- Hmm, dość niekonwencjonalne to przywitanie, jednak… Miło cię widzieć – powiedziała i przyjrzała się dziewczynie uważnie zza okularów połówek. Niebieskie oczy mierzyły ją chłodnym spojrzeniem, charakterystycznym dla osób wyrachowanych i władczych.
- Czego pani ode mnie chce? – Zapytała Ath, spoglądając na kobietę spode łba.
- Niczego, absolutnie niczego, moja droga. Wręcz miałabym wielką chęć ciebie samą o to zapytać; czego ty ode mnie żądasz, co mogę ci dać? – Ton jej głosu nie wznosił się ani nie opadał, pozostawał jedynie porażająco obojętny, a przez to i złośliwy. Dziewczynie wydawało się, że każde ze słów wypowiadanych przez Nathalie jest jak mały odłamek szkła, niepozorny, ale bolesny, gdy ukłuje się nim w palec. Było jednak w blondynce coś, co nakazywało jej zaufać. Być może była to ta spokojna pewność siebie, sprawiająca, że przypominała ona bezpieczną przystań w tym zwariowanym, wiecznie chyboczącym się na krawędzi świecie.
- Chcę odpowiedzi, wyjaśnień… Mam dość, rozumiesz?! Nie chcę już być waszą zabawką!
- W takim razie chodź ze mną. Znajdźmy jakieś odpowiedniejsze miejsce do rozmowy. Jeszcze chwilę postoisz na tej ulewie, a się przeziębisz – mruknęła i narzuciła Athenę własnym płaszczem, dotychczas przewieszonym przez ramię. Ta otrząsnęła się z obrzydzeniem.
Co ta kobieta sobie myśli? Niech ją szlag… Ale jeżeli rzeczywiście może coś mi wytłumaczyć, nie powinnam tego lekceważyć i przez jakiś czas znosić to wszystko.
Ath westchnęła ciężko i podążyła za Nathalie w deszcz, rozchlapując na boki błoto z pobliskich kałuż. Woda wlewała jej się do butów, a walizka turkotała głośno na nierówno wybrukowanych ulicach.

***

Ciepłe, złote światło staroświeckich lamp zalewało pomieszczenie. Gorąca czekolada z cynamonem parzyła jej gardło. W powietrzu unosił się zapach papieru i przypraw korzennych, wiszących nad kominkiem. Na palenisku wesoło trzaskał ogień.
Nathalie i Athena siedziały przy jednym z niskich, okrągłych stolików w miejscowym antykwariacie. Młodsza zafascynowana przyglądała się wypełniającym każdym wolny kąt pokoju półkom z książkami i licznym dziełom sztuki, podarowanym zapewne przez wychowanków college’u.
- Tak więc, Ath, możemy przejść do sedna sprawy, czy chcesz jeszcze chwilę odpocząć? – Zapytała Jones, upijając łyk Earl Greya z filiżanki z chińskiej porcelany, ozdobionej setkami maleńkich róż.
Okazało się, że pani profesor nie była wcale taką straszną jędzą, na jaką wyglądała. Po przyjściu na miejsce wiele rozmawiały o przeszłości Atheny, o dręczących ją snach i dziwnych wydarzeniach dziejących się wokół niej. Dziewczyna po raz pierwszy bez skrępowania opowiadała komukolwiek o swoich kłopotach, niczego nie zatajając i zdziwiło ją, jaką ulgę może to przynieść. Nathalie słuchała uważnie i cierpliwie, z rzadka wtrącając pytania, lub zamawiając jej następny kubek napoju.
- Myślę, że tak. Chcę wiedzieć wszystko – odpowiedziała, zakładając sobie włosy za uszy, tak, by nie wpadały jej w oczy.
- Twój głód wiedzy jest godzien podziwu, jednak, moja droga, muszę najpierw sprawdzić, czy masz dostatecznie… elastyczny umysł, zdolny przystosować się do trudnych sytuacji.
- O czym pani mówi?
- O tym, że prawda w oczy kole, Ath. Ja naprawdę się o ciebie martwię. Nie jestem pewna, czy na twoim miejscu byłabym w stanie przełknąć tak wiele informacji – rzekła z autentyczną troską, a światło zaigrało dziwnie na szkłach jej okularów.
- Proszę, ja naprawdę tego wszystkiego mam dość.
- A więc powiedz mi, czy wierzysz w magię, Szara Gwiazdo.
Po tych słowach Athena spojrzała ze zdziwieniem na blondynkę, aby upewnić się, że naprawdę ona to powiedziała. Gdy nie mogła mieć już żadnych wątpliwości, pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Ma pani na myśli te wszystkie różdżki, magiczne mikstury, jednorożce i tak dalej?
Jones zaśmiała się cicho i przekrzywiła głowę. Złote włosy, związane z tyłu w koński ogon, opadły jej na ramię.
- Mam przykrość stwierdzić, że nie – rzekła, wskazując ręką na wazon z kwiatami, stojący na szafce z drewna wiśniowego. Ten uniósł się o kilka cali i nadzwyczaj spokojnie poszybował w stronę ich stolika, chybocąc się lekko na boki. Nikt poza nimi zdawał się nie zwracać na to uwagi; starszy pan nadal w zadumie kiwał się nad herbatą, a biznesmen w eleganckim garniturze ze stoickim spokojem palił cygaro.
Ath parsknęła śmiechem, aby rozładować w jakiś sposób emocje wzbierające w niej jak od dawna tamowana rzeka, na której powierzchni odbijało się zdziwienie zmieszane z przerażeniem.
- To jakaś sztuczka, prawda? – Machnęła ręką nad tulipanem, chcąc uchwycić żyłkę przytrzymującą kwiat w powietrzu. Powietrze wokół przedmiotu wydawało się być nieco gęstsze niż gdzie indziej, ale poza tym nie wyczuła niczego, czego by się spodziewała.
- T-to nie jest prawda… - Wyjąkała, przerażonymi oczyma szukając jakiegokolwiek oparcia w jej porządnie ułożonym świecie pełnym niepisanych, stworzonych przez nią samą reguł, który teraz walił się w gruzy. Zakręciło jej się w głowie, zaszumiało w uszach. Nathalie położyła jej ciepłą dłoń na ramieniu. W jej spojrzeniu była siła, każąca dziewczynie się uspokoić.
- Nie denerwuj się, przewidziałam, że tak na to zareagujesz – powiedziała, krzyżując ręce na piersi i odchylając się w krześle.
To tylko zły sen, kolejny koszmar, z którego zaraz się obudzę.
Wazon pękł z hukiem, podnosząc na równe nogi połowę pomieszczenia, w tym również Nathalie. Dziewczyna wpatrywała się w szczątki naczynia ze zdziwieniem.
Wnioskując z miny, to nie blondynka była sprawczynią tego zdarzenia.
- Coś ty narobiła?! Wynośmy się stąd, czym prędzej – syknęła Jones i, mocno chwytając Ath za ramię, prawie siłą wyrzuciła ją na ulicę, zatrzaskując za nimi przeszklone drzwi. Krople deszczu spływały po twarz dziewczyny, tworząc zawiłą, wilgotną niczym łzy układankę.
- Musisz się nauczyć nad sobą panować, albo puścisz to miasto z dymem, moja droga.
- Jesteś starą wariatką! – Krzyknęła w odpowiedzi Emeley, wyrywając się z żelaznego uścisku kobiety i biegnąc przed siebie ile sił w nogach, rzucając obciążający ją kufer na nierówno wybrukowaną, wąską uliczkę.
- Myślałam, że nie będę musiała tego zrobić. Przykro mi, to dla twojego dobra – szepnęła Nathalie i uczyniła nieznaczny gest lewą ręką.
Świat zawirował przed oczami Atheny, rozmywając się w setki wielobarwnych plam, jakby prosto wyjętych z dzieł impresjonistycznych malarzy. Zatrzymała się i wyciągnęła przed siebie ręce, jak lalka podwieszona na zbyt wielu sznurkach. Obróciła się do tyłu i mechanicznym krokiem ruszyła w stronę blondynki.
- Nawet teraz, kiedy nie jest świadoma swych mocy, jest w stanie mi się opierać… Godne podziwu, doprawdy – w głosie profesorki pobrzmiewała ironia.
W końcu dziewczyna podeszła do Jones i spojrzała jej w oczy bez cienia emocji.
- Wysłuchaj, co ci mam do powiedzenia, a puszczę cię wolno. To dla naszego, wspólnego dobra, uwierz mi.
Dziewczyna zwiesiła bezwolnie głowę.
- Musisz pogodzić się z faktem, że istnieje coś poza twoim małym światkiem, zarazem piękniejsze i groźniejsze, Atheno. Jest wojna, która, tak jak każda inna, zabiera za wiele, a niczego nie daje. Ten konflikt między narodami możesz pomóc rozwiązać., ale musisz być rozsądniejsza i ostrożniejsza niż do tej pory. Słowem – tu kobieta westchnęła – musisz dorosnąć, a więc przed nami długa droga.

***

Jasno oświetlony, wesoły pokój w internacie niezmiernie irytował Athenę, jego nową właścicielkę. Nie wiedziała, co najbardziej jej w nim przeszkadza – czy solidne biurko z mnóstwem szuflad czekających na zapełnienie podręcznikami, czy zasłony z kwiatowym wzorkiem, czy nakryte pachnącą, jasnoróżową pościelą łóżko. Być może na jej zdenerwowanie składało się to wszystko, lecz najpewniej spowodowane zostało świadomością, że – zapewne – niedługo będzie zmuszona opuścić to cudowne miejsce.
Nie wszystkie słowa Jones brała na serio, ale potrafiła w gęstwinie mowy wyrywać chwasty i pozostawiać rzetelne informacje.
W ubraniu rzuciła się na łóżko i pogrążyła w rozmyślaniach.
Więc, po pierwsze i najważniejsze, mam do czynienia z dwoma różnymi rasami. Jedną z nich Nathalie nazywała „jasną” i do tej sama należy. Druga z nacji, ta „ciemna” mieszała w moich snach. Dawno temu wszyscy dogadywali się, jak należy, stworzyli stowarzyszenie, które miało chronić młodsze narody. To całe „Bractwo Miliennath” miało jakiegoś przywódcę, którego imienia oczywiście nie pamiętam.
Dziewczyna przeklęła swoją krótką pamięć i kontynuowała wyimaginowaną podróż przez wieki, wpatrując się w wichurę, która za szybą przyginała czubki drzew do ziemi.
Ten przywódca miał brata wśród „ciemnych” – Michavela. Ten drugi był jakiś „nie do końca”, cokolwiek ta kobieta miała na myśli… Kłócili się, wprowadzając ogólny chaos w działania bractwa, aż w końcu przewodniczącego Miliennath znaleziono martwego w jego łóżku. Piękny los, nie ma co…
Athena ziewnęła przeciągle i intensywnie zamrugała, próbując odgonić wpatrujący się w nią z każdego kąta pomieszczenia sen. Łomot okiennic dobiegający z pokoju za ścianą nie był w stanie naruszyć nienaturalnej, ospałej atmosfery panującej w pomieszczeniu. Ten spokój bardziej przypominał ściśnięty do granic możliwości, absurdalny strach przed zmianą.
Zapanował chaos, wszyscy oskarżali się nawzajem o domniemane morderstwo, które jednak w toku dosyć pobieżnego śledztwa uznano za samobójstwo. Zdrajca Michavel przez jakiś czas próbował wmówić poddanym, że to przywódca jasnego plemienia był temu wszystkiemu winien, co było jednym z „największych, najohydniejszych łgarstw” i oczywiście nie znalazło posłuchu wśród pospołu. Jak widać, u nich wymiar sprawiedliwości jest równie „efektywny”, jak u nas.
Zachichotała z satysfakcją. Przynajmniej to nieokreślone, na razie znajdujące się jedynie w jej umyśle miejsce, które na początku jawiło się niemal jako raj na ziemi, również miało wady.
Prawdziwe piekło rozpętało się w parę miesięcy po pierwszych wyborach w Bractwie, które miały wyłonić nowego, silnego przywódcę absolutną przewagą głosów. Wszystko zaczęło się kilkoma trzęsieniami ziemi, które zrujnowały małe wsie i miasteczka, ale budynek Miliennath zostawiły nietknięty. Przerażeni ludzie powrócili do zwyczaju składania krwawych ofiar bogom, czego nie czynili już od setek lat. Kiedy wydawało się, że dzięki temu wszystko już może wrócić do normy, potężny zamek Bractwa rozłamał się na pół.
Na głos parsknęła śmiechem i powiedziała do siebie:
- Ona chyba jednak jest niepoważna – w końcu prawdziwy zamek nie może się rozpaść ot, tak, jak domek z kart!
Sęk w tym, że rozpadła się wtedy nie tylko kupa kamieni, którą od biedy można odbudować, ale cały świat. Każdą z dwóch nowo powstałych rzeczywistości zamieszkiwali stopniowo przedstawiciele obu ras. Ciemni wybrali ziemie pełne niedostępnych gór, lasów i lodowych pustyni a swój nowy kraj nazwali Haliennath – „Bractwo Cienia”. Z kolei plemię, do którego należy Nathalie, osiedliło się w nadmorskiej, nizinnej krainie – Iliennath, „Bractwie Światła”. Podobno jest tam ciepło… To w sumie dobrze, jeżeli mam tam zamieszkać. Mam dość tej całej jesiennej aury…
Athena zdziwiła się, że zaczyna tę całą „przeprowadzkę” traktować poważnie. W końcu nie miała pewności, że to miejsce istnieje naprawdę, że te słowa nie miały być jedynie krzywym zwierciadłem, którego odłamki zostawiają niepozorne, ale ranią trwale i mocno.
Dziewczyna zasnęła, a burza za oknem rozszalała się, niczym dzikie zwierzę zbyt długo przetrzymywane w ciasnej klatce. Z szarych piersi chmur wydobył się potężny ryk, wstrząsający fundamentami budynków i odbijający się echem w rynnach, które wkrótce potem wypełniły zimne strugi deszczu.
Jedynymi słowami Nathalie, które wydały się Ath niewarte przypomnienia, były te opowiadające o przepowiedni, której treść miała dotyczyć Szarej Gwiazdy, ludzkiej córki, której jedynym przeznaczeniem było pomóc w zakończeniu wojny między dwoma rasami.

***

Mężczyzna zmrużył oczy i odchylił się w krześle. Nareszcie, po tylu latach manipulacji losami marnych, ludzkich jednostek udało mu się osiągnąć to, czego tak bardzo pragnął. Drobne narzędzie, jasny, misternie rzeźbiony pionek, stał na przedostatnim polu szachownicy.
Jeszcze jedna tura, która nie miała prawa niczego zmienić, a zwycięstwo będzie bliżej niż kiedykolwiek.
Osiągnięcie go będzie wymagało poświęceń, ale już nie od gracza, który teraz z zachwytem przyglądał się własnemu dziełu.


Dodaj komentarz



8 komentarzy

.mylog.pl :: sobota, 22 grudnia 2007 22:49:01
83.24.143.15

Czy ja Ci kiedyś mówiłam, jak lubię Twój styl i opisy? Nawet jeśli tak, to z całą pewnością za rzadko. Powtórzę raz jeszcze: piszesz naprawdę świetnie, zazdroszczę Ci. Może kiedyś uda mi się dorównać Twojemu geniuszowi ;)

Co do samej akcji: zapowiada się ciekawie. Co prawda - dziewczyna z wielką misją, która ma uratować cały magiczny świat 'tych dobrych' jest już nieco wyświechtany, ale na razie niczego nie przesądzam. Wierzę w Twój talent, na pewno zrobisz z tego coś, czego nie da się zapomnieć przez długi, długi czas.

Przepraszam, że komentarz taki krótki, ale nie bardzo wiem, co napisać. A nie chcę się powtarzać.
Więc pozdrowię, podziękuję za życzenia i za notkę, która sama w sobie jest pięknym prezentem z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia.

Pozdrawiam
<i>Agnesii</i>

firegirl firegirl :: niedziela, 23 grudnia 2007 12:06:20
77.115.133.230

Niestety nie mogę powiedzieć że notka jest dobra. Nie mogę powiedzieć, że mi się podoba.

Bo jeszcze nie przeczytałam <b>xP</b>.

Nie będę więc komentować na ślepo tylko po to, żebyś wpadła do mnie.

Wydrukuję sobie dziś cale opowiadanie od początku.
To będzie dla mnie zaszczyt poczytać je  sobie w blasku świecy.

<b>Kocha Firegirl</b>

.mylog.pl :: czwartek, 27 grudnia 2007 20:49:14
Adres ukryty

Nie wiem, czy chcesz, żebym spamowała Ci informacjami o nowych notkach... Jak nie chcesz - daj znać.

Pozdrawiam i zapraszam do siebie
<i>Ag</i>

:: niedziela, 30 grudnia 2007 19:41:41
78.88.121.169

zaitrygował mnie tytuł więc weszłam i sie nie rozczarowałam zapraszam do siebie buziol

ap-hope ap-hope :: środa, 2 stycznia 2008 21:34:51
83.11.216.245

Weszłam tu w sumie przypadkowo i co ciekawe nie przez reklamę na majlogu :P
Po przeczytaniu pierwszych dwóch rozdziałów nie powiem, żeby mnie wciągnęło, bo fantastką ja nie jestem, chociaż kolega maniak wciskał mi wszelakie tytuły, ale kto wie, może jeszcze polubię?

Coś od siebie jeszcze. Podoba mi się twój styl, specjalnie nie mówię co mi się nie podoba (bo się również nie znam...).
Pisz dalej i więcej i czekam na ósemkę :)

Pozdrawiam!

:: sobota, 5 stycznia 2008 18:23:06
Adres ukryty

Przeczytałam jakąś 1/3. Później już nie mogłam. Po prostu straciłam ochotę. Nigdy nie uwielbiałam fantasy ale musze przyznac że fascynowało mnie. Ty piszesz bosko i nie da się temu zaprzeczyć. 2 pierwsze zdania sprawiły że obiecałam sobie że może jutro doczytam do końca. Nie przestawaj pisać. Jest coraz mniej ludzi którzy piszą tak jak ty...

:: piątek, 22 lutego 2008 12:57:16
Adres ukryty

trzydzieści siedem.

<i>Niezastąpiona.</i>

Asaratte Asaratte.mylog.pl :: niedziela, 3 maja 2009 01:52:53
81.219.244.19

Uwaga! To NIE jest spam!
Witam.
Spodobały mi się Twoje opowiadania, dlatego chciałabym zaproponowac współpracę. Jestem administratorką Library: www.alibrary.webd.pl
Jesteśmy serwisem poświęconym twórczości początkujących autorów.
Współpraca o której mówię miałaby polegać na umieszczeniu na naszej stronie Twoich opowiadań (oczywiście będą one mogły nadal znajdować się również na Twoim blogu, czy stronie domowej, nie wymuszamy usuwania ich z tego typu stron). Zdobędziesz dzięki temu większe grono odbiorców. Nie wymagamy żadnych deklaracji, możesz skończyć z nami współpracę w każdej chwili i zaprzestać umieszczania tekstów.
Jeśli się zdecydjesz, napisz: tarinaastra@gmail.com
Pozdrawiam!