![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
Immerine. Menu. Straciło trochę czasu :. Z góry dziękuję.°Główna. °Księga. ° Do ulubionych? Niech się święci, cud niepamięci Rozdział I, Szare Chmury Rozdział II, Dom We Mgle Rozdział III, Kto dostanie prezent, a kto odpowiedź Rozdział IV, Pył na wietrze Rozdział V, Pierwsze próby Rozdział VI, Jak grom z jasnego nieba Oni są dla mnie ważni Słowo pisane w sieci ocenianeOceniają z klasą Oceny i porady blogowe Vis Maior Ochrzan Credits Stworzył Artur pobrano z Szablony InventivePowered by blog Picture from Pictures for you °All Rights Reserved |
|
Rozdział VII, sobota, 22 grudnia 2007, 18:59:07 No cóż, wesołych Świąt. Rozdział VII Prawda w oczy kole „A kto usłyszał i nie wykonał, podobny jest do takiego człowieka, który dom postawił na ziemi, bez fundamentów. Rzeka przedarła się do niego i prędko się zawalił. Ruina tego domu stała się wielka". - Łk 6, 49 Potężna, stalowa maszyna wypluwała z siebie kłęby duszącego dymu. Pomalowana przed laty na czerwono, teraz przypominała tracącego skórę, tłustego węża. Jak na początek września było przeraźliwie zimno; w dodatku lał deszcz. Na obskurnym peronie kolejowym w Charmsville stało zaledwie kilku przyszłych uczniów college’u w Dragonsbury. Stacja kolejowa, zapomniana przez wszystkich, cieszyła się złą sławą i była – jak mówiły liczne plotki – istną wylęgarnią młodych buntowników, którzy spędzali tu czas na filozoficznych rozmyślaniach o cenach alkoholu w sklepach, oraz określaniu swoich rodzicieli możliwie największą liczbą wyszukanych epitetów. Athena ściskała w ręku różową parasolkę, pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń ponad ramieniem małej Amy. Dziewczynka uparła się, by odprowadzić ją na stację i bez końca zanudzała ją swoimi dziecinnymi mądrościami. Na początku Ath próbowała wsłuchiwać się w wykład małej, ale przy słowach „kiedy spotkasz przystojnego chłopaka, zapytaj go, gdzie mieszka i jak ma imię”, zaczęła powoli się poddawać. Nakryta jaskrawo pomarańczowym płaszczem przeciwdeszczowym czekała, aż konduktor łaskawie raczy otworzyć drzwi do pociągu. Niestety, starszy, siwy pan, którego ledwo mogła dostrzec przez zaciągnięte parą szyby przedziału, kuśtykał przed siebie w iście żółwim tempie. Przeszedł ją dreszcz; od paru minut wydawało jej się, że ktoś ją obserwuje. Z niskiego, betonowego korytarza, prowadzącego na peron, dobiegało ją miarowe stukanie wysokich obcasów. Po kilku minutach z szarości, spowijającej świat jak aksamitna chusta, wynurzyła się starsza, koścista kobieta o długich, prostych włosach w ciemnym odcieniu miedzi, poprzetykanych już srebrnymi nitkami. Ubrana była w zieloną suknie, pamiętającą już lepsze czasy, jednak nadal nadającą szyku właścicielce. - Ath, złotko, przyszłam się pożegnać – wyszeptała pani Jenkins, serdecznie przyciskając dziewczynę do piersi. Athenie gardło ścisnęło się z emocji, a po twarzy spłynęła, parząca jak najprawdziwszy ogień, łza. Z trudem przełknęła ślinę i spojrzała w smutne, zielone oczy opiekunki, te same źrenice, które przez lata przyglądały się jej, jak dorastała. Czuła, że już nie zobaczy Charmsville, że ambicje zaprowadzą ją w najodleglejsze zakątki świata, ale nigdy do tej pogrążonej w uroczej, archaicznej stagnacji mieściny. - No, nie płacz mała, wrócisz tutaj. Ja zawsze będę czekała, nie planuję dalekich podróży. Wiesz, że jesteś dla mnie jak córka i możesz wrócić w każdej chwili – głos Jenkins zadrżał i złamał się na pół jak suchy patyk. Bez słowa wepchnęła Athenę do pociągu i zatrzasnęła za nią drzwi, nie dając nawet możliwości rozmowy z Amy. Dziewczyna wdrapała się po schodkach i usadowiła w pustym przedziale. Walizkę rzuciła obok siebie na podłogę, zupełnie nie przejmując się jej losem. Przez brudną szybę, którą wydawały się omijać nawet krople deszczu, obserwowała małą, złotowłosą dziewczynkę, machającą jej z zapałem na pożegnanie i obejmującą ją kobietę. Uśmiechnęła się blado i zmrużyła oczy, a pociąg ruszył przed siebie z przeciągłym gwizdem. Otoczył ją świat dźwięków; monotonne sapanie lokomotywy i szum wody za oknem zlewały się w jedno, tworząc bezdenne jezioro szeptów. Myślała o tym, jak bardzo zmieni się jej życie, gdy zamieszka w internacie. Z całą pewnością pozna ludzi o podobnych do niej ambicjach, znajdzie wśród nich dobrych znajomych, może nawet przyjaciół na całe życie. Nie żałowała tego, że zostawiała za sobą Marcusa. Od pewnego czasu denerwowała ją jego bierność i to, że tak dobrowolnie godził się na ciągnięcie w nieskończoność utartego schematu dziedziczenia po ojcu zawodu. Nie wyobrażała sobie swojej dalszej egzystencji w Charmsville, w tym hermetycznym słoju, w którym hodowano coraz to bardziej uzależnione od kapryśnego słońca rośliny. Odprężyła się i wyciągnęła wygodnie na siedzeniu, rozprostowując nogi. Ziewnęła, pokazując walizce, nadal spoczywającej bezładnie na podłodze, swoje lekceważenie i ogólne zmęczenie życiem. Nie spodziewała się wybuchu entuzjazmu ze strony tajemniczej, małomównej towarzyszki podróży, więc zignorowała jej milczenie równie dystyngowanie, jak tamta ośmieliła się nie zauważyć swojej właścicielki. Nie spała wiele poprzedniej nocy; chciała uniknąć koszmarów, więc zupełnie poświęciła się powtarzaniu materiału z biologii przerabianego w szkole przez ostatni rok. Ciążyły jej powieki, a przed oczyma wirowały czerwone plamy. Skrzywiła się i zwinęła w kłębek. Przez chwilę każdym mięśniem walczyła z samą sobą, po krótkiej chwili jednak zapadła w sen. *** Była tylko zimna ciemność, z której niezwykle powoli wyłaniały się pojedyncze kształty. Najpierw zaistniał wspaniały zamek na wzgórzu, o lśniących złotem murach, następnie, jak na zawołanie, pojawiła się wąska, piaszczysta ścieżka do niego prowadząca. Za Atheną ciemniał las, stary jak świat, a może i jeszcze bardziej leciwy. Niebo zasnuwały czarne chmury, a w gałęziach złowrogo szumiał wiatr. Przed nią stał wysoki, szczupły mężczyzna o długich, czarnych włosach, ubrany w fioletową szatę przetykaną srebrnymi nićmi. W jego postaci zdecydowanie było coś z kruka; nie mogła się jednak zdecydować, czy był to haczykowaty nos, czy dłonie o długich, wąskich palcach zaciśnięte na rubinowej gałce laski, przypominające szpony. - Co się dzieje? Kim jesteś? Gdzie ja jestem? – Zapytała. Oprócz strachu ten mężczyzna wzbudzał w niej jeszcze jedno uczucie, którego nie mogła do końca zdefiniować. Współczucie? Tajemniczy towarzysz wyciągnął przed siebie rękę, jakby chciał ją zatrzymać. Cofnęła się z przerażeniem i zupełnie przez przypadek spojrzała mu w oczy. W tej szarej przestrzeni formowały się tysiące niewypowiedzianych słów, wsiąkając jeszcze przez ostatecznym ukształtowaniem w nicość. Setki lat przemawiały skomplikowanym językiem odcieni nieba przed deszczem. Jasny, pełen zakrzepłego, starego żalu wzrok spoczął na jej policzku. Jego usta poruszały się bezgłośnie. Athena czuła, że jeżeli nie odejdzie w przeciągu paru sekund, zostanie tu na zawsze. Z drugiej strony, nie była pewna, czy naprawdę chce opuścić to miejsce. - Nie idź tam, Atheno Emeley – usłyszała znajomy głos. W jednej chwili uświadomiła sobie, że to nie jest prośba, ale rozkaz. - Wiesz, że zrobię ci na złość?! Nie mam zamiaru się ciebie słuchać! Jakie masz prawo, aby mi rozkazywać?! – Wrzasnęła na cały głos i uderzyła stojącego przed sobą mężczyznę w twarz. Ten cofnął się o krok i spojrzał na nią zimnym, obojętnym wzrokiem. Teraz, kiedy zrozumiała, że to on przez tyle czasu prześladował ją w snach, nie czuła już litości ani współczucia, tylko piekącą nienawiść. Biegiem ruszyła przed siebie, potykając się na kamieniach spoczywających na drodze. Co chwila oglądała się za siebie, by sprawdzić, czy nikt jej nie goni. W głębi serca miała nadzieję, że będzie próbował ją zatrzymać choćby i siłą, przejawiając jakiekolwiek zainteresowanie jej dalszym losem. Mężczyzna stał jednak nadal w tym samym miejscu jak słup soli, wpatrując się w nią z wyrazem lekkiego rozbawienia na twarzy. Wyimaginowany wiatr lekko poruszał jego płaszczem, a słońce utkane z marzeń sprawiało, że srebrne nici na jego szacie lśniły jak wąskie strużki wody. - Żegnaj, Szara Gwiazdo – rzekł i zwinął się, jak mocno rozciągnięty fragment tkaniny, by odpłynąć wraz z resztą snu w niebyt. *** Dragonsbury różniło się od Charmsville we wszystkich możliwych szczegółach. Nie można było tu uświadczyć tej sennej, obezwładniającej atmosfery. Było to stare miasto nauki, w którym historia spotykała się z nowoczesnością, tworząc niesamowity, fascynujący mariaż. Przez wąskie, pełne różnokolorowych straganów z przecenionymi książkami uliczki przelewały się gwarne fale studentów. Wydawało się cudem, że ściany licznych budynków z czerwonej cegły do tej pory nie zawaliły się od tłoku i wszechobecnego hałasu. Z kolei na głównej ulicy panowała nienaturalna cisza, spowodowana zapewne budzącą nabożny szacunek obecnością profesorów. Te uczone głowy, zazwyczaj przyprószone już siwizną, można było dostrzec zza zielonych parawanów utworzonych przez równo przystrzyżone żywopłoty. Właściciele ważkich umysłów przechadzali się w tę i z powrotem dostojnym krokiem, często dyskutując na naukowe tematy ze swoimi znajomymi. Nieraz można było usłyszeć, jak taki wykształcony, ale i dobrze wychowany człowiek unosił się słusznym gniewem i podniesionym głosem wyłuszczał towarzyszom swoje racje. Na niskich, niedawno malowanych ławeczkach narodziła się niejedna wielka idea, całkowicie zmieniając przyszłość ludzkości, o czym, niestety, maluczcy przyglądający się swoim genialnym pomocnikom, nie wiedzieli. W takiej oto niesamowitej atmosferze do miasta swoich marzeń wkroczyła Athena Emeley, otwierając szare, mętne jak gesty krupnik oczy szeroko w wyrazie najwyższego zachwytu. Bez końca obracała się w kółko z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami, w które wpadały jej kwaśne krople deszczu. Nigdy do tej pory nie wyjeżdżała z Charmsville, nie licząc niemających końca podróży palcem po mapie. Tłum ludzi porywał ją ze sobą, miotając po całym ogromnym rynku, na którym się znalazła. Ciągnęła za sobą walizkę na kółkach, którą niełatwo było jej sterować, więc raz po raz przewracała się na ziemię, przeklinając siarczyście. Rozpaczliwie poszukiwała wzrokiem jakiegokolwiek znaku mogącego jej wskazać drogę do college’u, albo znajomej, przyjaznej twarzy. W co ja się wpakowałam. Zapomniałam wziąć ze sobą planu miasta, a Dragonsbury to ogromna metropolia, trzy razy większa od cholernego Charmsville! Nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Wzdrygnęła się, ale nie obejrzała za siebie. Jeszcze tylko zboczeńców mi do szczęścia brakuje. Zebrała resztki odwagi i wrzasnęła na całą ulicę: - Proszę mnie w tej chwili puścić! – Wyrwała się z uścisku nieznajomej dłoni i obróciła do tyłu. Stała tam, ku jej zdziwieniu, Nathalie Jones, uśmiechając się pobłażliwie. Ubrana była w białą, męską koszulę oraz eleganckie, czarne spodnie. Na szyi niedbale zawiązała niebieski fular, wspaniale podkreślający kolor jej oczu. Jasne włosy związała z tyłu w koński ogon wstążką w tym samym odcieniu. - Hmm, dość niekonwencjonalne to przywitanie, jednak… Miło cię widzieć – powiedziała i przyjrzała się dziewczynie uważnie zza okularów połówek. Niebieskie oczy mierzyły ją chłodnym spojrzeniem, charakterystycznym dla osób wyrachowanych i władczych. - Czego pani ode mnie chce? – Zapytała Ath, spoglądając na kobietę spode łba. - Niczego, absolutnie niczego, moja droga. Wręcz miałabym wielką chęć ciebie samą o to zapytać; czego ty ode mnie żądasz, co mogę ci dać? – Ton jej głosu nie wznosił się ani nie opadał, pozostawał jedynie porażająco obojętny, a przez to i złośliwy. Dziewczynie wydawało się, że każde ze słów wypowiadanych przez Nathalie jest jak mały odłamek szkła, niepozorny, ale bolesny, gdy ukłuje się nim w palec. Było jednak w blondynce coś, co nakazywało jej zaufać. Być może była to ta spokojna pewność siebie, sprawiająca, że przypominała ona bezpieczną przystań w tym zwariowanym, wiecznie chyboczącym się na krawędzi świecie. - Chcę odpowiedzi, wyjaśnień… Mam dość, rozumiesz?! Nie chcę już być waszą zabawką! - W takim razie chodź ze mną. Znajdźmy jakieś odpowiedniejsze miejsce do rozmowy. Jeszcze chwilę postoisz na tej ulewie, a się przeziębisz – mruknęła i narzuciła Athenę własnym płaszczem, dotychczas przewieszonym przez ramię. Ta otrząsnęła się z obrzydzeniem. Co ta kobieta sobie myśli? Niech ją szlag… Ale jeżeli rzeczywiście może coś mi wytłumaczyć, nie powinnam tego lekceważyć i przez jakiś czas znosić to wszystko. Ath westchnęła ciężko i podążyła za Nathalie w deszcz, rozchlapując na boki błoto z pobliskich kałuż. Woda wlewała jej się do butów, a walizka turkotała głośno na nierówno wybrukowanych ulicach. *** Ciepłe, złote światło staroświeckich lamp zalewało pomieszczenie. Gorąca czekolada z cynamonem parzyła jej gardło. W powietrzu unosił się zapach papieru i przypraw korzennych, wiszących nad kominkiem. Na palenisku wesoło trzaskał ogień. Nathalie i Athena siedziały przy jednym z niskich, okrągłych stolików w miejscowym antykwariacie. Młodsza zafascynowana przyglądała się wypełniającym każdym wolny kąt pokoju półkom z książkami i licznym dziełom sztuki, podarowanym zapewne przez wychowanków college’u. - Tak więc, Ath, możemy przejść do sedna sprawy, czy chcesz jeszcze chwilę odpocząć? – Zapytała Jones, upijając łyk Earl Greya z filiżanki z chińskiej porcelany, ozdobionej setkami maleńkich róż. Okazało się, że pani profesor nie była wcale taką straszną jędzą, na jaką wyglądała. Po przyjściu na miejsce wiele rozmawiały o przeszłości Atheny, o dręczących ją snach i dziwnych wydarzeniach dziejących się wokół niej. Dziewczyna po raz pierwszy bez skrępowania opowiadała komukolwiek o swoich kłopotach, niczego nie zatajając i zdziwiło ją, jaką ulgę może to przynieść. Nathalie słuchała uważnie i cierpliwie, z rzadka wtrącając pytania, lub zamawiając jej następny kubek napoju. - Myślę, że tak. Chcę wiedzieć wszystko – odpowiedziała, zakładając sobie włosy za uszy, tak, by nie wpadały jej w oczy. - Twój głód wiedzy jest godzien podziwu, jednak, moja droga, muszę najpierw sprawdzić, czy masz dostatecznie… elastyczny umysł, zdolny przystosować się do trudnych sytuacji. - O czym pani mówi? - O tym, że prawda w oczy kole, Ath. Ja naprawdę się o ciebie martwię. Nie jestem pewna, czy na twoim miejscu byłabym w stanie przełknąć tak wiele informacji – rzekła z autentyczną troską, a światło zaigrało dziwnie na szkłach jej okularów. - Proszę, ja naprawdę tego wszystkiego mam dość. - A więc powiedz mi, czy wierzysz w magię, Szara Gwiazdo. Po tych słowach Athena spojrzała ze zdziwieniem na blondynkę, aby upewnić się, że naprawdę ona to powiedziała. Gdy nie mogła mieć już żadnych wątpliwości, pokręciła z niedowierzaniem głową. - Ma pani na myśli te wszystkie różdżki, magiczne mikstury, jednorożce i tak dalej? Jones zaśmiała się cicho i przekrzywiła głowę. Złote włosy, związane z tyłu w koński ogon, opadły jej na ramię. - Mam przykrość stwierdzić, że nie – rzekła, wskazując ręką na wazon z kwiatami, stojący na szafce z drewna wiśniowego. Ten uniósł się o kilka cali i nadzwyczaj spokojnie poszybował w stronę ich stolika, chybocąc się lekko na boki. Nikt poza nimi zdawał się nie zwracać na to uwagi; starszy pan nadal w zadumie kiwał się nad herbatą, a biznesmen w eleganckim garniturze ze stoickim spokojem palił cygaro. Ath parsknęła śmiechem, aby rozładować w jakiś sposób emocje wzbierające w niej jak od dawna tamowana rzeka, na której powierzchni odbijało się zdziwienie zmieszane z przerażeniem. - To jakaś sztuczka, prawda? – Machnęła ręką nad tulipanem, chcąc uchwycić żyłkę przytrzymującą kwiat w powietrzu. Powietrze wokół przedmiotu wydawało się być nieco gęstsze niż gdzie indziej, ale poza tym nie wyczuła niczego, czego by się spodziewała. - T-to nie jest prawda… - Wyjąkała, przerażonymi oczyma szukając jakiegokolwiek oparcia w jej porządnie ułożonym świecie pełnym niepisanych, stworzonych przez nią samą reguł, który teraz walił się w gruzy. Zakręciło jej się w głowie, zaszumiało w uszach. Nathalie położyła jej ciepłą dłoń na ramieniu. W jej spojrzeniu była siła, każąca dziewczynie się uspokoić. - Nie denerwuj się, przewidziałam, że tak na to zareagujesz – powiedziała, krzyżując ręce na piersi i odchylając się w krześle. To tylko zły sen, kolejny koszmar, z którego zaraz się obudzę. Wazon pękł z hukiem, podnosząc na równe nogi połowę pomieszczenia, w tym również Nathalie. Dziewczyna wpatrywała się w szczątki naczynia ze zdziwieniem. Wnioskując z miny, to nie blondynka była sprawczynią tego zdarzenia. - Coś ty narobiła?! Wynośmy się stąd, czym prędzej – syknęła Jones i, mocno chwytając Ath za ramię, prawie siłą wyrzuciła ją na ulicę, zatrzaskując za nimi przeszklone drzwi. Krople deszczu spływały po twarz dziewczyny, tworząc zawiłą, wilgotną niczym łzy układankę. - Musisz się nauczyć nad sobą panować, albo puścisz to miasto z dymem, moja droga. - Jesteś starą wariatką! – Krzyknęła w odpowiedzi Emeley, wyrywając się z żelaznego uścisku kobiety i biegnąc przed siebie ile sił w nogach, rzucając obciążający ją kufer na nierówno wybrukowaną, wąską uliczkę. - Myślałam, że nie będę musiała tego zrobić. Przykro mi, to dla twojego dobra – szepnęła Nathalie i uczyniła nieznaczny gest lewą ręką. Świat zawirował przed oczami Atheny, rozmywając się w setki wielobarwnych plam, jakby prosto wyjętych z dzieł impresjonistycznych malarzy. Zatrzymała się i wyciągnęła przed siebie ręce, jak lalka podwieszona na zbyt wielu sznurkach. Obróciła się do tyłu i mechanicznym krokiem ruszyła w stronę blondynki. - Nawet teraz, kiedy nie jest świadoma swych mocy, jest w stanie mi się opierać… Godne podziwu, doprawdy – w głosie profesorki pobrzmiewała ironia. W końcu dziewczyna podeszła do Jones i spojrzała jej w oczy bez cienia emocji. - Wysłuchaj, co ci mam do powiedzenia, a puszczę cię wolno. To dla naszego, wspólnego dobra, uwierz mi. Dziewczyna zwiesiła bezwolnie głowę. - Musisz pogodzić się z faktem, że istnieje coś poza twoim małym światkiem, zarazem piękniejsze i groźniejsze, Atheno. Jest wojna, która, tak jak każda inna, zabiera za wiele, a niczego nie daje. Ten konflikt między narodami możesz pomóc rozwiązać., ale musisz być rozsądniejsza i ostrożniejsza niż do tej pory. Słowem – tu kobieta westchnęła – musisz dorosnąć, a więc przed nami długa droga. *** Jasno oświetlony, wesoły pokój w internacie niezmiernie irytował Athenę, jego nową właścicielkę. Nie wiedziała, co najbardziej jej w nim przeszkadza – czy solidne biurko z mnóstwem szuflad czekających na zapełnienie podręcznikami, czy zasłony z kwiatowym wzorkiem, czy nakryte pachnącą, jasnoróżową pościelą łóżko. Być może na jej zdenerwowanie składało się to wszystko, lecz najpewniej spowodowane zostało świadomością, że – zapewne – niedługo będzie zmuszona opuścić to cudowne miejsce. Nie wszystkie słowa Jones brała na serio, ale potrafiła w gęstwinie mowy wyrywać chwasty i pozostawiać rzetelne informacje. W ubraniu rzuciła się na łóżko i pogrążyła w rozmyślaniach. Więc, po pierwsze i najważniejsze, mam do czynienia z dwoma różnymi rasami. Jedną z nich Nathalie nazywała „jasną” i do tej sama należy. Druga z nacji, ta „ciemna” mieszała w moich snach. Dawno temu wszyscy dogadywali się, jak należy, stworzyli stowarzyszenie, które miało chronić młodsze narody. To całe „Bractwo Miliennath” miało jakiegoś przywódcę, którego imienia oczywiście nie pamiętam. Dziewczyna przeklęła swoją krótką pamięć i kontynuowała wyimaginowaną podróż przez wieki, wpatrując się w wichurę, która za szybą przyginała czubki drzew do ziemi. Ten przywódca miał brata wśród „ciemnych” – Michavela. Ten drugi był jakiś „nie do końca”, cokolwiek ta kobieta miała na myśli… Kłócili się, wprowadzając ogólny chaos w działania bractwa, aż w końcu przewodniczącego Miliennath znaleziono martwego w jego łóżku. Piękny los, nie ma co… Athena ziewnęła przeciągle i intensywnie zamrugała, próbując odgonić wpatrujący się w nią z każdego kąta pomieszczenia sen. Łomot okiennic dobiegający z pokoju za ścianą nie był w stanie naruszyć nienaturalnej, ospałej atmosfery panującej w pomieszczeniu. Ten spokój bardziej przypominał ściśnięty do granic możliwości, absurdalny strach przed zmianą. Zapanował chaos, wszyscy oskarżali się nawzajem o domniemane morderstwo, które jednak w toku dosyć pobieżnego śledztwa uznano za samobójstwo. Zdrajca Michavel przez jakiś czas próbował wmówić poddanym, że to przywódca jasnego plemienia był temu wszystkiemu winien, co było jednym z „największych, najohydniejszych łgarstw” i oczywiście nie znalazło posłuchu wśród pospołu. Jak widać, u nich wymiar sprawiedliwości jest równie „efektywny”, jak u nas. Zachichotała z satysfakcją. Przynajmniej to nieokreślone, na razie znajdujące się jedynie w jej umyśle miejsce, które na początku jawiło się niemal jako raj na ziemi, również miało wady. Prawdziwe piekło rozpętało się w parę miesięcy po pierwszych wyborach w Bractwie, które miały wyłonić nowego, silnego przywódcę absolutną przewagą głosów. Wszystko zaczęło się kilkoma trzęsieniami ziemi, które zrujnowały małe wsie i miasteczka, ale budynek Miliennath zostawiły nietknięty. Przerażeni ludzie powrócili do zwyczaju składania krwawych ofiar bogom, czego nie czynili już od setek lat. Kiedy wydawało się, że dzięki temu wszystko już może wrócić do normy, potężny zamek Bractwa rozłamał się na pół. Na głos parsknęła śmiechem i powiedziała do siebie: - Ona chyba jednak jest niepoważna – w końcu prawdziwy zamek nie może się rozpaść ot, tak, jak domek z kart! Sęk w tym, że rozpadła się wtedy nie tylko kupa kamieni, którą od biedy można odbudować, ale cały świat. Każdą z dwóch nowo powstałych rzeczywistości zamieszkiwali stopniowo przedstawiciele obu ras. Ciemni wybrali ziemie pełne niedostępnych gór, lasów i lodowych pustyni a swój nowy kraj nazwali Haliennath – „Bractwo Cienia”. Z kolei plemię, do którego należy Nathalie, osiedliło się w nadmorskiej, nizinnej krainie – Iliennath, „Bractwie Światła”. Podobno jest tam ciepło… To w sumie dobrze, jeżeli mam tam zamieszkać. Mam dość tej całej jesiennej aury… Athena zdziwiła się, że zaczyna tę całą „przeprowadzkę” traktować poważnie. W końcu nie miała pewności, że to miejsce istnieje naprawdę, że te słowa nie miały być jedynie krzywym zwierciadłem, którego odłamki zostawiają niepozorne, ale ranią trwale i mocno. Dziewczyna zasnęła, a burza za oknem rozszalała się, niczym dzikie zwierzę zbyt długo przetrzymywane w ciasnej klatce. Z szarych piersi chmur wydobył się potężny ryk, wstrząsający fundamentami budynków i odbijający się echem w rynnach, które wkrótce potem wypełniły zimne strugi deszczu. Jedynymi słowami Nathalie, które wydały się Ath niewarte przypomnienia, były te opowiadające o przepowiedni, której treść miała dotyczyć Szarej Gwiazdy, ludzkiej córki, której jedynym przeznaczeniem było pomóc w zakończeniu wojny między dwoma rasami. *** Mężczyzna zmrużył oczy i odchylił się w krześle. Nareszcie, po tylu latach manipulacji losami marnych, ludzkich jednostek udało mu się osiągnąć to, czego tak bardzo pragnął. Drobne narzędzie, jasny, misternie rzeźbiony pionek, stał na przedostatnim polu szachownicy. Jeszcze jedna tura, która nie miała prawa niczego zmienić, a zwycięstwo będzie bliżej niż kiedykolwiek. Osiągnięcie go będzie wymagało poświęceń, ale już nie od gracza, który teraz z zachwytem przyglądał się własnemu dziełu. komentarze [8] Od Immerine wtorek, 4 grudnia 2007, 08:47:35 Przepraszam, wiem, że to wszystko zawaliłam. Mam nadzieję,że będę całe opowiadanie publikować od nowa, albo ciągnąć je tutaj, o ile Wena mi na to pozwoli. Nie miałam czasu, ani chęci, a szare chmury z pierwszego rozdziału "Szklanego Dymu" wciąż za mną podążały. Niedługo powracam z długą notką, która z całą pewnością wiele wyjaśni. Pozdrawiam, Immerine. komentarze [1] Rozdział VI, wtorek, 7 sierpnia 2007, 20:45:18 Powracam. Fanfary proszę! Mam zamiar zainwestować w dużą reklamę na majlogu i wziąć się porządnie do pracy. Przepraszam, naprawdę serdecznie błagam o wybaczenie tych, o których zapomniałam. Praca to nie zabawa, ale chyba polubiłam ją na nowo. Czy chcecie, czy nie, dedykacja będzie. Dla mojej bety, bez której było mi trudno. Chociaż i tak poszukuję nowej, bo w końcu moja babcia nie może mi w kółko sprawdzać tekstów, wzrok sobie marnuje. No i (nie zaczyna się od no, i, ale cóż) dla wszystkich, którym czasem się czegoś nie chce *ziewa*. PeeS. Zaniedługo być może powitacie nowy szablon. Nie jestem tego szczegółu pewna, gdyż mój program do obróbki grafiki (uśmialibyście się, gdybym wyjawiła Wam jego nazwę) kategorycznie odmawia posłuszeństwa. Poszukuję ludzi, którzy mają nadmiar forsy i chcą mi ufundować nadprogramowe ilości kawy, abym była w stanie dalej pisać. Rozdział VI Jak grom z jasnego nieba You see your world on fire, don't try to act surprised. We did just what you told us. Lost our faith along the way and found ourselves believing your lies. - Nine Inch Nails, "Survivalism" Światło wpadało do sali przez wielkie, stare okna, skrzypiące przy najmniejszym podmuchu wiatru. Musieli je otworzyć – w nieklimatyzowanym budynku szkoły było bardzo duszno. Nieprzyjemnie było zwłaszcza w tamtym pomieszczeniu, gdyż tłum uczniów, szumiący monotonnie jak gniazdo pszczół, zużywał prawie całe powietrze dochodzące z zewnątrz. Zresztą niski sufit uniemożliwiał zmagazynowanie tam większej ilości niezbędnego do życia tlenu. Ściany, pokryte ozdobną, drewnianą boazerią widziały na pewno nie jedno rozdanie świadectw, ale tym razem widowisko zaplanowane przez władze szkoły miało przewyższać wszystko, co miało miejsce do tej pory. Rzeczywiście, spektakl był oszałamiający. Najpierw gości powitała niesamowita feeria barwnych świateł, które latały po portretach dawnych dyrektorów szkoły jak szalone, z pewnością powodując niemałe zamieszanie wśród członków tego szacownego grona. Potem na przenośnej scenie odbyło się krótkie, acz wspaniale zagrane i przygotowane przez uczniów przedstawienie. Jego scenariusz oparto na słynnym dramacie Szekspira „Romeo i Julia”, a młodzi aktorzy w zetknięciu z takim arcydziełem sztuki pisanej nie mieli najwyraźniej odwagi zepsuć czegokolwiek. Zachwycały również ich stroje, doskonale oddające atmosferę tamtych czasów. Wypożyczone z pobliskiego teatru, zostały uszyte przez prawdziwych profesjonalistów. Po popisie umiejętności młodzieży długą i patetyczną mowę wygłosiła dyrektorka, młoda kobieta, której liczne zmartwienia przyprószyły jednak czarne włosy siwizną. Ath pozwalała, aby przemówienie omijało ją, wpadając w pustkę nieświadomości. Przyglądała się ptakom, wirującym na dworze na tle jasnoniebieskiego nieba w przejrzystym jak kryształ powietrzu. Nie wierzyła, że żegna się z tą szkoła. Nie chciała myśleć o tym, że za chwilę otrzyma najgorszą cenzurkę w życiu, z którą z cała pewnością nie zda do wymarzonego college’u w Dragonsbury. Zamknęła oczy i wsłuchała się w odległe odgłosy ulicy. Ryk samochodów zazwyczaj był dla niej nie do zniesienia, ale teraz przynosił wręcz namacalną ulgę. - A teraz rozdamy świadectwa i wyniki matur z wyróżnieniem – głośno zakomunikowała dyrektorka. Po sali przebiegł szmer zaniepokojenia. Niektórzy w pośpiechu zerkali na karteczki ze spodziewanymi ocenami i zastanawiali się, czy ich przewidywania będą zgodne z rzeczywistością. Inni, pewni tego, że tutaj nie usłyszą swych nazwisk, wpatrywali się tępo w podłogę ze skwaszoną miną. Niektórzy nachylali głowy w stronę sąsiadów, aby po cichu skomentować szanse kolegów i koleżanek na dobre wyniki. Athena obserwowała przez okno wielką, ciemną chmurę, powoli płynącą po nieboskłonie, jak galeon dobijający do przystani, którą tym razem było niewielkie Charmsville. Przez chwilę wydawało jej się, że szary kształt pęknie jak balonik, kiedy dotknęły go gałęzie dębu, rosnącego w szkolnym parku. Nagle poczuła poszturchiwanie. Syknęła cicho z bólu. - Ath, teraz ty! Rusz się, no! – Usłyszała szept Marcusa. Z głupią, zdziwioną miną ruszyła niezdecydowanym krokiem ku scenie. Ona? Wyróżnienie? Przecież już setki razy wyliczała sobie średnią, zamęczała nauczycieli pytaniami o oceny, a później o możliwość ich poprawy, a z jej wyliczeń wynikało, że za nic nie uda jej się otrzymać nagrody. A maturę, jak się jej zdawało, oblała. Potykała się bez przerwy i wydawało jej się, że wszyscy specjalnie utrudniają jej dojście do celu. Weszła po schodach wiodących na podwyższenie. Wzięła głębszy oddech i wystąpiła krok do przodu. Przez chwilę dokładnie widziała każdy szczegół pomieszczenia w nienaturalnym rozbłysku światła. Uśmiechnięta dyrektorka wyciąga rękę, aby jej pogratulować. W drugiej trzyma świadectwo. Wazon, stojący na ozdobnym stoliku w głębi pomieszczenia, spada na ziemię i rozbija się z trzaskiem. Podłoga drży. Rozlega się donośny grzmot. Przerwa. Nagle zgasło światło. A potem zaczęło się piekło. Początkowo Athena chciała zawołać „Kto wyłączył słońce?!”, ale uznała ten pomysł za mało adekwatny do sytuacji. Podłoże nadal było niestabilne, a masywna, chwiejąca się scena stanowiła dla niej duże niebezpieczeństwo. Nie dbając o pomoc dla innych, na czworakach zmierzała w stronę końca estrady. Przynajmniej miała taką nadzieję. W końcu straciła grunt pod nogami i z hukiem runęła w dół, w ludzkie kłębowisko. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że panuje potworny, niemożliwy do opisania hałas. Wszyscy chcieli jak najszybciej wyjść z dusznego pomieszczenia. Co odważniejsi uczniowie czołgali się do wyjścia, tchórzliwi leżeli przerażeni w bezruchu, a nauczyciele bezskutecznie próbowali przekrzykiwać szalejącą nawałnicę, która rozpętała się z niczego. Wszystko to widziała jedynie w świetle błyskawic – poza tym panowały egipskie ciemności. Usłyszała huk i krzyk przerażonej dyrektorki, która jako jedyna do tej pory została na swoim miejscu. Zapadła się scena, grzebiąc pod sobą wydzierającą się na cały głos dyrektorkę. Przed oczami Ath przewijały się setki niezależnych, ledwo dostrzegalnych obrazów: ludzie, kaleczący sobie ręce i nogi o porozbijane szklane ozdoby, uczniowie, miotający się po sali, zrywane coraz silniejszymi podmuchami wiatru ozdobne wstęgi, spadające na wałęsających się w otępieniu pechowców, wysypujące się z koszy confetti, teraz unoszące się w powietrzu, wpadające do ust i oczu… A także coś jeszcze. Szczegół, cień, drobnostka, lśniąca w ciemności jak diament i wywołująca niepokój. Wśród całego tego krzyku Athena nadal słyszała lekki szelest, natrętny ja brzęczenie osy. Ujrzała błysk srebra lub innego metalu tuż przed swoją twarzą. Nie była w stanie oddychać; przerażenie trzymało ją żelaznym uściskiem za gardło, a strach paraliżował doszczętnie. Cały jej umysł protestował głośno przeciw temu, co widziały jej oczy. Czy to… sztylet? Zaraz zginę? Dlaczego jest tak głośno? Nie chcę, nie mogę, mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, przed sobą całe życie. Mamo, gdzie jesteś? Chciała otrzeć mokry od łez policzek rękawem, ale bała się ruszyć. Po raz drugi w bardzo krótkim czasie przekonała się, że jednak boi się śmierci. W końcu wszystko ucichło równie szybko, jak się zaczęło. Słońce wyjrzało zza chmury, ciemniejącej w coraz większym oddaleniu na szarym niebie. Teraz nie przypominała już majestatycznego hiszpańskiego transportowca z XVI wieku, lecz groźną bestię o lśniących błyskawicami kłach. W sali panował nieokiełznany chaos; przed kilkoma minutami rozdzieleni przyjaciele pocieszali się nawzajem, nauczyciele sprawdzali, czy wszyscy są cali, a woźni załamując ręce przypatrywali się rozgardiaszowi, jaki uczyniła nieoczekiwana burza. Athena zastanawiała się, czy to wszystko ma jakiś związek z jej snami, jednak szybko odrzuciła taką możliwość. Uznała całe wydarzenie za jedną z anomalii pogodowych, zdarzających się z rzadka w okolicach Charmsville. *** Pozostała część ceremonii odbyła się w sposób nader pospieszny; nikt nie kwapił się ze zbyt długimi gratulacjami i podziękowaniami. Wszyscy chcieli jedynie wrócić do domu bezpiecznie i w jednym kawałku. Ath nie wierzyła swojemu szczęściu, gdy wracała do sierocińca, mnąc w dłoni świstek papieru mówiący, że zdała maturę z najwyższym wynikiem w szkole. Jej radość nie miała końca, gdy raz po raz czytała na głos oceny, o których miesiąc temu nawet nie marzyła. Pani Jenkins przysłuchiwała się jej ze smutnym uśmiechem na twarzy. W końcu wstała od kuchennego stołu i zaczęła przygotowywać kolację dla dzieci. Pochylona nad blatem kuchennym, wyglądała o wiele starzej niż zwykle, a Ath wydawało się, że od czasu pożaru znacznie posiwiała. Dziewczyna przez dłuższą chwilę przyglądała się nowej kuchni. Było to przestronne, jasne pomieszczenie, pozbawione jakichkolwiek śladów zniszczenia czy zużycia. Wieczorny półmrok rozświetlany był przez dwie jarzeniówki wiszące smętnie u sufitu. Na niskim, obitym ceratą stole stały dwa kubki do kawy. W jednym, należącym do starszej opiekunki, nadal parował brązowy płyn. Athena przyjrzała się własnemu odbiciu w kafelkach na ścianach i wyszczerzyła zęby. Kilkadziesiąt jej klonów, wpatrujących się z nią ze wszystkich ścian, odwzajemniło grymas. - A więc masz zamiar zdawać do Dragonsbury? – Zadała pytanie Jenkins, wrzucając kawałki krwistoczerwonego mięsa do ogromnego garnka. - Tak – rzekła Ath. Uderzyła łyżeczką do herbaty w ucho kubka. Rozległ się dźwięk, który nieodparcie przypominał jej pojedyncze, rozpaczliwe uderzenie dzwonu bijącego na ratunek. - To świetnie – powiedziała bez przekonania kobieta, mieszając w kotle z jedzeniem. *** Słońce ostrożnie przedzierało się przez chmury, jakby te puszyste kłębki niebiańskiej wełny mogły zrobić mu krzywdę. Ze względu na strachliwość swojej ogromnej, gorącej lampy Charmsville nie cieszyło się pogodą sprzyjającą pieszym wędrówkom po mieście. Duszna, parna atmosfera podkreślała nastrój oczekiwania, w którym zastygła większa część ambitnych siedemnastolatków pochodzących z tego miasta. Zbliżał się czas, w którym nic nie będzie w stanie przysłonić tego, co miało nadejść z najbardziej prestiżowych college’ów z całej Anglii. Nawet cienie drzew, które wydłużały się zwłaszcza w oczach panny Emeley, gdy ta nerwowym krokiem zmierzała na pocztę. Miała zamiar odebrać werdykt dotyczący całej jej przyszłości. Wszędzie widziała twarze znajomych, którzy mieli ją opuścić, gdy odjedzie pociągiem w stronę college’u. W końcu stanęła przed klockowatym, szarym budynkiem poczty. Tłoczyła się tam pokaźna grupka świeżo upieczonych absolwentów szkoły w Charmsville, najwyraźniej czekających na tę samą decyzję, co Ath. Gdy weszła w tłum, zewsząd otoczył ją monotonny szum szeptów rozgorączkowanych uczniów, który bardzo przypominał jej ten z zakończenia roku. Morze głosów wznosiło się i opadało, kołysząc ją do snu. Przymknęła oczy, starając się uspokoić nerwy. Wzięła głęboki oddech i weszła do środka, a stare, pobazgrane przez miejscowych chuliganów drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem. W środku panowała specyficzna, urzędnicza cisza, pełna szelestu wertowanych kodeksów prawnych i bulgotu ekspresu do kawy. W okienku siedziała chuda, zaniedbana kobieta o tłustych, brązowych włosach. Ubrana była w niebieską spódnicę, białą, starannie wyprasowaną koszulę i szarą kamizelkę. W jej obojętnym, zimnym spojrzeniu brakowało chociaż odrobiny entuzjazmu i w jednej chwili Ath uświadomiła sobie, że też może skończyć jak ta kobieta, wykonując pracę, której nienawidzi. - Czy przyszło coś z Dragonsbury na nazwisko Emeley? – Zapytała drżącym głosem, zaciskając pięści, by dodać sobie animuszu. Urzędniczka zanurkowała pod biurko i nie wyłaniała się przez kilka minut. W końcu wyciągnęła w kierunku szarookiej rękę i podała jej kopertę. Athena przyjrzała się listowi i westchnęła z ulgą, gdy zobaczyła pieczątkę w kształcie smoka czytającego księgę. Natychmiast rozerwała kopertę. Odgłos darcia papieru odprężał ją i sprawiał, że zaczęła znowu racjonalnie myśleć. W końcu to nie musi być potwierdzenie przyjęcia na pierwszy rok nauki, tylko odrzucenie mojego zgłoszenia. Nie powinnam cieszyć się na zapas. Rzuciła okiem na elegancki papier kredowy, na którym został wydrukowany list. Była prawie pewna, że gdyby nie mieli zamiaru jej przyjąć, nie użyliby materiału takiej jakości. Wystarczyło zaledwie parę pierwszych wyrazów, które w pośpiechu prawie połknęła z radości, by przekonać się, że jednak nie zawsze los spiskuje przeciwko niej. - Zdałam! – Krzyknęła na cały głos, powiewając nad sobą świstkiem papieru jak flagą. Kobieta z okienka zerknęła na nią z dezaprobatą, po czym wróciła do pracy. Ath wybiegła z budynku i odetchnęła gęstym powietrzem, które wdarło się do jej płuc wraz ze świadomością, że już niedługo opuści znienawidzone miasto. Kilku jej niedawnych kolegów spojrzało na nią z zazdrością, lecz ona nie zmarnowała ani chwili na rozmowę z nimi. Miała zamiar uczcić swoje osobiste zwycięstwo w pobliskim parku. Biegła po pustych ulicach, tańcząc z rzadkimi powiewami zachodniego, ciepłego wiatru. Jednym susem przeskoczyła przez najruchliwsze skrzyżowanie, nie zwracając uwagi na złorzeczenia kierowców. Uśmiechem powitała znajome, żeliwne bramy, poskręcane w surrealistyczne wzory, na których skrętach nadal błyszczały krople porannego deszczu. W pojedynczych, szybko parujących kałużach na nierównym chodniku odbijały się ciemnozielone o tej porze roku korony drzew, majestatycznych świadków tej małej chwili szczęścia dziewczyny. Nie zwracała uwagi na snujących się po parku spacerowiczów. W końcu zadyszana opadła na ławkę ukrytą w porośniętej bluszczem altance, odchyliła do tyłu głowę i zaczęła pogwizdywać skoczną melodię. Spodobała się jej ta dziecinna rozrywka, więc usiadła po turecku i kontynuowała zabawę. - Żegnaj, Charmsville, żegnaj, sierocińcu! Zaczynam nowe życie i nie mam zamiaru was wspominać! – Wrzasnęła. Chciała donośnie zakomunikować wszystkim mieszkańcom tej zapadłej mieściny, co o nich i o ich taniej dumie sądzi, ale zdezorientowana zauważyła, że na przeciwległej, pomalowanej na biało ławce ktoś siedzi. Twarz nieznajomego osobnika ukryta była w cieniu winorośli, tak, że Ath mogła dostrzec jedynie niesamowite, intensywnie niebieskie oczy intruza w jej prywatnej chwili tryumfu. Mężczyzna ubrany był dość niezwykle, zważając na panujący upał; miał na sobie bardzo elegancki, kremowy prochowiec, ciemnobrązowe spodnie, białą koszulę i czarne buty za kostkę. Szyję owinął sobie beżową chustką. Nonszalancko założył nogę na nogę i bezczelnie obserwował dziewczynę. Przez chwilę oboje mierzyli się wzrokiem. - Przepraszam, może będę nieuprzejma, ale co pan tu robi? – Zapytała poirytowana Athena, uparcie wpatrując się w intruza. Ów przechylił głowę i błysnął zębem, co najwyraźniej miało oznaczać uśmiech. - Siedzę i patrzę, Szara Gwiazdo. Cieszę się razem z tobą – powiedział niespodziewanie miękkim głosem. W dziewczynie zagotowała się złość i zapiekły ją kąciki oczu. Po policzka polały się łzy zdenerwowania i bezsilnej wściekłości. - Wszyscy coś o mnie wiecie, ale nic mi nie mówicie! Wzięliście chociaż raz w swoich rachunkach pod uwagę to, że ja też mam prawo… do… - Do czego, mała? – Odezwał się znajomy głos w jej głowie. Przycisnęła dłonie do twarzy, aby odgonić od siebie niepotrzebne myśli. Obcy przyglądał się jej teraz z mieszaniną szczerego zainteresowania i współczucia. - Nie jestem chora psychicznie! To wy wszyscy jesteście popieprzeni! - Jacy „my”? Wydaje mi się, że jestem tutaj tylko ja, Ath – Facet znowu uśmiechnął się w ten irytujący, zupełnie pozbawiony chociażby odrobiny radości sposób. Te słowa sprowadziły Athenę z powrotem na ziemię w dość bolesny sposób. Uświadomiła sobie, że większość „ich” była zapewne wytworem jej wyobraźni, a inni byli jeszcze przypadkowymi, niczemu nie winnymi ludźmi. Półcienie kładły się lekko na otaczającym ją skrawku rzeczywistości jak koty, usatysfakcjonowane po złapaniu wyjątkowo tłustej myszy. Od strony Ribbon powiał chłodny, orzeźwiający wiatr. Porwał ze sobą resztki niezagrabionych jeszcze jesiennych, przegniłych liści, przypominając jej o wszystkim, co zdarzyło się niespełna kilka miesięcy temu. Mężczyzna wstał i Ath ujrzała jego twarz o niepospolicie delikatnych rysach. Złote loki opadały mu na ramiona, nadając wygląd jakiegoś starożytnego bóstwa. Spod okularów połówek, których najwyraźniej wcześniej nie dostrzegła, patrzyła się na nią para błękitnych oczu, z pewnością nieprzyzwyczajonych do płaczu. Dopiero po dłuższej chwili Athena przypomniała sobie, że musi oddychać. - Zostawię cię teraz, bo najwyraźniej nie jesteś w nastroju do poważnej rozmowy. Na pewno się jeszcze spotkamy, może nawet bardzo niedługo. Obcy wstał i podał jej wizytówkę, na którą z roztargnienia dziewczyna nawet nie spojrzała. - A tak na przyszłość, to zapamiętaj sobie, że jakkolwiek bym nie wyglądała, jestem kobietą – mrugnęła do niej porozumiewawczo i oddaliła się, a płaszcz powiewał za nią na wietrze jak żagiel masztowca. *** Spakowała się w mgnieniu oka. W końcu cały jej majątek stanowiło parę bluzek w złym guście, kilka par spodni, różowa spódnica w zielone groszki, strój galowy, lakierki na obcasach, znoszone trampki, puchaty, niebieski sweter zimowy w czerwone paski oraz kurtka wiosenna. Poza tym cała jej skórzana, pożyczona od pani Jenkins walizka zapchana była książkami, których nie chciała się pozbyć, włącznie z należącą do Octavii. Po krótkim namyśle dołożyła również tajemniczy album ze zdjęciami, który znalazła w domu Amy. Medalion, który znalazła w dniu świątecznej kwesty, chcąc nie chcąc musiała wziąć ze sobą, gdyż nadal trzymał się jej szyi niezwykle mocno. Po tej trwającej chyba z piętnaście minut pracy, Athena legła na pieczołowicie pościelonym łóżku jak nieżywa. Odpoczęła kilka chwil, obserwując dorodnego pajęczaka, tkającego w rogu pokoju gęstą sieć. Jej wzrok spoczął następnie na stosie zeszytów, których nie miała jak ze sobą zabrać, posłusznie oczekującym na wyniesienie na śmieci na krześle. Myśl, że to nie ona będzie zamiatać kłębki kurzu znajdujące się w najciemniejszych zakamarkach pomieszczenia, wydawała się jej dziwna. Usiadła na łóżku i wyjęła z kieszeni wizytówkę, którą dała jej nieznajoma kobieta. Ku swemu najwyższemu zdumieniu ujrzała na niej pieczęć przedstawiającą smoka czytającego książkę. Pod nią zamaszystym, acz nieskomplikowanym charakterem pisma wykaligrafowano „prof. Nathalie Jones”. Dragonsbury. To tam mamy się według niej spotkać. A ja miałam nadzieję, że przynajmniej w mieście nauki nie dogonią mnie te wszystkie tajemnice. *** Złote wilki nadal biegły przed siebie, chociaż z ich boków spływały strumienie potu, a na ich grzbietach pożywiały się liczne kruki. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że wataha biegnie po zamarzniętej tafli jeziora, w której odbijały się dwa słońca; jedno srebrne, drugie tak jasne, że aż trudne do zauważenia. komentarze [20] Rozdział V, wtorek, 15 maja 2007, 15:38:00 Rozdział pisany długo i mozolnie, z przerwami na zmaganie się z brakiem weny. Przepraszam za przerwę, ale nie mogę niczego obiecywać. Wiem tylko, że następny rozdział prędzej czy później się pojawi. Rozdział V Pierwsze próby Czyż księga pustkę w pełnię zmienia? czyż skrzepi kogoś, wzniesie, wzruszy? Nie znajdziesz, bracie, ukojenia, jeśli go nie masz w własnej duszy. - J.W. Goethe, „Faust” Athena siedziała wygodnie na ławce stojącej przed jej szkołą. Wiosenne słońce delikatnie muskało jej twarz, przynosząc ze sobą naturalne ciepło. Wiał lekki wietrzyk, poruszający gałęziami pobliskiej wierzby, pochylającymi się nad lustrem wody. W gęstwinie cienkich gałązek nieśmiało przebłyskiwała jasna zieleń, symbol powracającej do życia natury. Na stawie pływały kaczki, jeszcze pozbawione młodych, ale z pewnością oczekujące na odpowiedni moment, by wydać na świat potomstwo. Słychać było pierwsze śpiewy ptaków, przerywane stukaniem młotków robotników naprawiających dachy budynków po ostatnich wichurach. Na niebie nie można było doszukać się żadnej chmurki. Nawet stary, w połowie zniszczony w czasie bombardowania budynek szkoły, teraz konsekwentnie odbudowywany przez lokalne władze, zdawał się odczuwać skutki panującej pogody. Za tydzień miały odbywać się małe matury, ale uczniowie w większości się tym nie przejmowali i beztrosko korzystali ze wspaniałej pogody, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Ath zmrużyła oczy. Nie popierała ich lenistwa i braku zaangażowania, lecz były to odczucia hipokrytki; jej podręczniki spoczywały głęboko w torbie i jak na razie nie miała zamiaru się nimi zajmować. Rozkoszowała się ciepłem, ubrana w kupioną za ostatnie oszczędności szarą kurtkę. Od pożaru minęło już parę miesięcy, a wspomnienie tego strasznego zdarzenia nie zatarło się w jej umyśle. Wszystko jej o tym przypominało; ich nowy lokal, co prawda nowocześniejszy i lepiej wyposażony, nie mógł zastąpić znajomej, ciepłej ciemności dawnych pokoi. Nagle podbiegł do niej Marcus, niski, opalony chłopak o ciemnobrązowych oczach, zbyt małym nosie i wydatnych wargach. Przystrzyżone na jeża czarne włosy przysłaniały mu wysokie czoło. Ubrany był w ciemne jeansy i białą koszulę. - Hej, kujonie! – Zakrzyknął, uśmiechając się przekornie. - Witaj, nieuku – odpowiedziała o wiele ciszej Ath, lekko przechylając głowę, aby lepiej przyjrzeć się koledze. Zawsze dziwiła ją promieniująca z niego energia i chociaż nie podobało jej się wiele z jego zachowań, byli dobrymi znajomymi. Przyjaciół nie miała. - Cały czas mnie zdumiewasz. Co porabiasz tutaj bez książki w ręku? – Zaczepił ją, siadając obok na ławce. Hiszpańskie korzenie zaowocowały w urodzie i w temperamencie; brakowało mu uprzejmości i ogłady. Nie zwykł prosić czy też pytać się o pozwolenie, ale nie można było o to obwiniać jego rodziców. Miał to we krwi. - Właściwie to miałam już zacząć się uczyć… - Sięgnęła do jasnobrązowej, skórzanej torby i zaczęła szukać w niej podręcznika do fizyki. Marcus wyrwał jej torbę z ręki, po czym rzucił nieco dalej na ziemię. - Nie ma mowy. Chciałem pogadać, a ty mnie tak gładko spławiasz. Niegrzecznie, Atheno Emeley! - Proszę, nawet nie próbuj mnie wychowywać – westchnęła i skrzywiła się lekko. - Co tak bardzo zepsuło ci humor? Jest wiosna, niedługo egzaminy i… Ach, no tak, egzaminy. Ale nie powinnaś się tak tym przejmować, pójdzie ci jak z płatka. – Marcus wzruszył ramionami. Ath nie zamierzała dziękować mu za słowa otuchy. Wiedziała, że się tego nie spodziewał, a wszelkie tego typu gesty wprawiały go w zakłopotanie. - Szczerze mówiąc, to wszystko przez Jenkins. Nie dość, że wyśmiewa się ze mnie, to jeszcze próbuje hamować mój rozwój. Wtrąca się w każdy element mojego życia – powiedziała po krótkim namyśle, bawiąc się zapięciem kurtki. - A… No, ech, ten… Tak, rozumiem. A jak tam po pożarze? Wszystko wróciło już do normy? - Właściwie tak. Mamy już za sobą pogrzeb Jerry’ego. - Jego rodzice… Przyjechali w końcu, czy nie? - Nie.- Zapadła niezręczna cisza, przerywana szumem poruszanych wiatrem gałązek i śmiechem młodzieży, kłębiącej się teraz przed szkołą numer 367 w Charmsville. - Przykro mi, wiem, jak bardzo lubiłaś tego chłopca. Nic nie wie. Nie ma pojęcia. Jest po prostu głupim, niewychowanym dzieciakiem. Nagle przypomniały jej się słowa starszej opiekunki. Tamta przecież dosłownie to samo mówiła o Ath. Wzdrygnęła się. Obok nich przeszła kłócąca się para; wysoka, niemiłosiernie chuda blondynka o pięknych, delikatnych rysach i jasnoniebieskich jak poranne niebo oczach, oraz dorównujący jej wzrostem chłopak o złotych włosach. Ona ubrana była w zwiewną, wręcz letnią sukienkę w ciemnożółtym kolorze, a on w jasnobeżowe spodnie, białą koszulę i brązową marynarkę. - Nie! To ty miałaś tę książkę! – Wrzasnął chłopak. - Przestań wrzeszczeć, bo zawołam policję, złodzieju! – Pisnęła dziewczyna głosem, który mógłby rozbijać kieliszki. Minęła chyba dobra minuta, zanim Athena zorientowała się, co się właściwie stało. Byli to Arthur i Octavia, najsłynniejsza i z pewnością najładniejsza „parka” w całej szkole. Marcus patrzył się bezmyślnie na Octavię, zupełnie zapominając o tym, że znajduje się w towarzystwie kobiety. - Nie widzieliście może gdzieś takiej starej, zniszczonej książki w czarnej okładce? Albo ją zgubiłam, albo ukradł mi ją ten… ten… - wyrzuciła z siebie jednym tchem piękna dziewczyna, robiąc słodkie oczka do Marcusa. Była świadoma swego wdzięku, co czyniło ją zarozumiałą i arogancką. - Ja… No... Nie widziałem jej, ale mogę poszukać! Jak coś znajdę, na pewno dam znać! – Odpowiedział, prawie krzycząc i potykając się na co drugim słowie. Ath odwróciła wzrok, aby nie patrzeć na upokarzającego się chłopaka. Starając się nie zwracać na siebie uwagi, cicho wstała z ławki, podniosła swoją torbę i schowała się za najbliższym z kwitnących nieopodal krzewów bzu. Białe, delikatne kwiaty jak magiczne zasłony oddzielały ją od ziemskiego świata. Znalazła się w sobie tylko znanym wszechświecie, w którym wszystko idzie po jej myśli i w którym to ona ustala zasady gry. Odetchnęła z ulgą i, nie zwracając uwagi na ubranie, usiadła na ziemi. Wyjęła książkę od biologii i otworzyła ją na pierwszej lepszej stronie. Nie chciała się uczyć – wystarczało stwarzanie pozorów. Zawsze byłam sama. I nawet Marcus tego nie zmieni. Może ja po prostu jestem… inna? *** Immerine nachyliła się nad zamarzniętą taflą wody. Srebrzystobiałe, proste, długie włosy opadły jej na czoło, przysłaniając nieludzkie, lodowatoniebieskie oczy. Lekko błękitną twarz, poprzecinaną ciemniejszymi żyłkami, rozjaśnił zimny uśmiech, odsłaniający nieco wystające kły. - O tak, Atheno, ty jesteś inna. A ja jestem tutaj po to, aby tobie to uświadomić – syknęła, a z jej ust wydobyła się para, która od razu zamarzła jej na wargach. Rozejrzała się po ciemnej, oświetlonej jedynie wątłym blaskiem niebieskiego ognia lodowej komnacie. W zakamarkach tego miejsca ukrywały się tajemnicze rzeźby, przedmioty, o których istnieniu nie powinien wiedzieć żaden śmiertelnik oraz potężne artefakty magiczne, których mocy nie poznali jeszcze mędrcy. Wszystko to rzucało niesamowite cienie na lśniącą posadzkę. W powietrzu tańczył srebrzysty pył. To był zarazem jej dom, jak i więzienie, które samodzielnie przekształciła w trudną do zdobycia twierdzę. Była dumna z tego, jak przez te tysiące lat rozwinęła się jej moc, jak powoli zdobywała potęgę, która pozwoliłaby zemścić się na wszystkich odpowiedzialnych za jej uwięzienie. Ale kiedy już posiadła wszystko, co potrzebne, nie była pewna, co chce zrobić i zaczęła pomagać swoim wrogom. A teraz miała oddać im największą przysługę, na jaką było ją stać. Przymknęła oczy i skoncentrowała się na jednym z dobrze znanych jej miejsc, zarówno bliskim jak i odległym od tego, w którym się znajdowała. Wyciągnęła przed siebie rękę. Z długich, wąskich palców wystrzeliło parę niebieskich iskierek. Gwałtownie zawiał mroźny wiatr, prawie przewracając Immerine na ziemię. Po paru chwilach wszystko ustało. Teoretycznie nic się nie poruszyło i nie zakłóciło absolutnej ciszy, jaka zapanowała po nawałnicy. Ona wiedziała jednak, że zmieniło się wszystko. *** Z ręki wypadł mu jeden, niepozorny pionek. Pięknie wyrzeźbiony z jasnego drewna i udekorowany szmaragdem, sam w sobie stanowił dla niego niewielką wartość. Jednak po dojściu na ostatnie pole miał stać się królową. Schylił się, aby go poszukać i odstawić na odpowiednie miejsce. Zajęło mu to minutę, czy też dwie, ale nawet tak krótka utrata kontroli sprawiła, że Los zmienił wiele swoich planów na przyszłość. *** Athena wstała. Było jej niewygodnie i wydawało jej się, że usiadła na czymś twardym. Już miała odejść w inne miejsce, gdy ujrzała ukrytą w trawie książkę w ciemnej okładce. Schyliła się i podniosła znalezisko, delikatnie otrzepując je z ziemi. Sprawdziła, czy nikt jej nie widzi i włożyła książkę do torby. Była prawie pewna, że wolumin należy do dziewczyny, która z taką radością zajęła się odbieraniem jej znajomych. Jeżeli jego zwrócenie miało w czymkolwiek pomóc Octavii, to Ath nie miała zamiaru tego robić. Rozległ się dzwonek na zajęcia i dziewczyna wraz z tłumem uczniów pobiegła do szkoły, powracając do swoich codziennych zajęć. Zatrzasnęły się za nimi ciężkie, odrapane drzwi i tylko dwie osoby pozostały na zewnątrz, nadal poszukując swej zguby. *** Ath przeciągnęła się i ostrożnie zapaliła świecę stojącą na stoliku nocnym. Delikatny płomień zamigotał, drżeniem witając świat. Cienie szafy, stołu, krzeseł i malutkiej biblioteczki zaigrały na szarych w półmroku ścianach. Okno wychodziło na mały, niepozorny ogród, w którym kwitły forsycje. Mimo paru niedoróbek Athena była bardzo zadowolona ze swojego nowego pokoju. Meble, choć surowe i pomalowane na biało, z całą pewnością nie były bardzo zużyte. Co prawda brakowało jej jakiejś małej lampki do czytania i właśnie z tego powodu była zmuszona posługiwać się mało wydajną świecą, ale nie przeszkadzało jej to zbyt bardzo. Z całą pewnością nie doceniała „romantyzmu” poznawania dawnych dziejów w tak nikłym i nieprzyjaznym dla oka świetle – była z natury praktyczna. Ospałym ruchem sięgnęła pod łóżko. W efekcie na podłogę spadła cienka, chłodna kołdra, a Ath o mało co nie zleciała na ziemię. - Niech to szlag trafi… - Warknęła, wstająć i wczołgując się pod łóżko. Z ukrytej tam torby wyciągnęła starą książkę, w zniszczonej, czarnej okładce. Położyła się z powrotem i przykryła. Przetarła brzegiem rękawa stronę tytułową książki. Ku jej zdumieniu, pojawił się na niej srebrny napis. Cienkie litery nieznanego jej alfabetu lśniły tajemniczo, budząc w niej zarówno zaciekawienie, jak i zdenerwowanie. Co to za język? Czy nie powinnam przynajmniej kojarzyć kształtu liter? Cyrylica na pewno to nie jest, abdżad też nie, gocki i grecki tym bardziej odpadają… Prychnęła gniewnie i otworzyła książkę na pierwszej stronie. Napisana była odręcznie, tym samym tajemniczym alfabetem, co jej tytuł. Ciasne, eleganckie, ale i ozdobne pismo denerwowało Athenę, uświadamiając ją, że nie jest wszechwiedząca. Rzuciła wolumin pod łóżko, zgasiła świecę i zamknęła oczy. Nie miała ochoty myśleć o tajemnicach, które ją otaczały. Wiedziała, że powinna skoncentrować się na swoim nadrzędnym celu – porządnym zdaniu małej matury. Rozmyślając nad swoją przyszłością pogrążyła się we śnie, który otoczył ją zewsząd, uwięził i unieruchomił, zabawiając się jej kosztem. Jak zwykle. *** Stała na jednej z wąskich uliczek slumsów Charmsville. Deszcz bezlitośnie uderzał w zamknięte okna domów. Monotonne bębnienie kropel wody o zakurzone szyby prawie ją ogłuszało. Wył zimny wiatr, przyginając odległe, majaczące na horyzoncie drzewa. Z tej perspektywy wydawały się słabe i wiotkie, jak trzciny nad stawem. A przecież wiedziała, że były to wysokie, dumne topole. Niebo miało ciemnoszary, przytłaczający odcień. Wyglądało, jakby za chwilę miało zlać się z mokrą kostką brukową w jedność i pochłonąć całe miasto. Nagle, na brudnej ścianie jednego z budynków, znajdujących się parę metrów dalej ujrzała rosnący cień jakiejś wysokiej, zakapturzonej postaci. Ath wydawało się to sprzeczne z wszelkimi prawami logiki; nie świeciło słońce, a latarni ulicznych nikt najwidoczniej nie włączył. Cofnęła się po cichu i schowała za koszem na śmieci. Po plecach przebiegł jej deszcz przerażenia. Zimna ściana kamienicy nie dawała jej żadnego oparcia. Cień nadal się powiększał, lecz nie słychać było niczyich kroków. Po chwili na ulicę wyszła drobna, najwyżej siedmioletnia dziewczynka, trzymająca w rękach książkę, znalezioną przez Athenę przed szkołą. Mała wyglądała na przestraszoną, z niepokojem rozglądała się dookoła. Miała duże, jasnoszare oczy i ciemnobrązowe włosy przycięte „pod garnek” do uszu. Jej twarz zdobiły nieliczne piegi, a ubrana była w o wiele za duży na nią znoszony, niebieski płaszczyk. Białe rajstopy, zwinięte na kolanach w obwarzanki, poplamione były czymś czerwonym. Ath przetarła ze zdumienia oczy, gdyż patrzyła na samą siebie sprzed dziesięciu lat. Dziecko skierowało się w stronę chwiejących się drzew, cały czas oglądając się za siebie. Książkę przyciskało do piersi jak najcenniejszy skarb. Nagle Athena poczuła, że nie może pozwolić tej małej tam dojść, że jeżeli jej nie uratuje przed jakimś nieokreślonym niebezpieczeństwem, tam na nią czyhającym, to stanie się coś strasznego. Tak naprawdę nie miała pojęcia, co może się wtedy zdarzyć. Nie chciała jednak się o tym przekonywać. Wybiegła na ulicę. - Zaczekaj! – Krzyknęła, a jej głos zabrzmiał dziwnie głośno w wyglądającym na opuszczone mieście. Dziewczynka skierowała przestraszony wzrok na Athenę. Ta podeszła do niej i wyciągnęła rękę, by schwycić dziecko. - Nie dotykaj mnie! Kim jesteś?! Mamo, boję się! – Głos jej samej sprzed lat głucho rozbrzmiał zarówno na ulicy, jak i w głowie Ath, następnie rozchodząc się echem po okolicy. - Czemu się mnie boisz? Nic ci nie zrobię, mała, po prostu chodź ze mną… - Szepnęła, opuszczając rękę. - Jesteś potworem! Spójrz teraz na siebie! – Wykrzyknęła dziewczynka i z płaczem pobiegła dalej. Athena spojrzała w jedną z brudnych kałuż. Chciała się przekonać, że nadal jest tylko sobą, że nic się nie zmieniło i że nic nie ma prawa się zmienić. Zanim zdążyła zobaczyć cokolwiek, woda zamarzła, a na powstałej tafli pojawiła się wykrzywiona, niebieska, poprzecinana ciemniejszymi żyłkami twarz kobiety o srebrnych włosach. Najstraszniejsze były w niej oczy – przerażające, lodowate, wydawały się niezdolne do wyrażania jakichkolwiek emocji – po prostu bezdenne jak dwie, puste, błękitne studnie. - Goń ją – odezwała się nieznajoma suchym, zimnym głosem, który przyprawiał Ath o dreszcze. - Dlaczego mam gonić samą siebie? - Ona odbierze ci przyszłość. Sama zniszczyłaś swoją przeszłość, więc nie wolno ci stracić przyszłości. - Przecież to tylko sen! W każdej chwili mogę się obudzić, przestać z tobą rozmawiać, zrobić, co zechcę! To moje myśli, moje marzenia, mam nad nimi władzę… W przestrzeni rozległ się sztuczny, pozbawiony rozbawienia śmiech. - Spróbuj, panno samowystarczalna. Ath zacisnęła powieki. Czuła na nich zimne krople deszczu. Jej twarz smagał wiatr. Spróbowała się obudzić, przekonać się, że ma nad wszystkim kontrolę. Jeżeli to naprawdę był sen, to jego realizm przekraczał granice jej wyobraźni. Wszystko było namacalne; cienka koszula nocna, przemoknięta do suchej nitki, puste ulice Charmsville, a także tamten cień dziecka, uciekający przed przyszłością w dal. Powiał mroźny, syberyjski wiatr, przynosząc ze sobą okruchy lodu. Kobieta z kałuży zniknęła. Athena zebrała się w sobie i zaczęła biec za małą dziewczynką, potykając się na oblodzonej ulicy. Nie wiedziała, jakim cudem pogoda zmieniła się tak szybko i nie obchodziło jej to. Prawie dogoniła swoje odbicie, jednak przewróciła się na bruk. Otrząsając się z błota wstała i biegła dalej. Rozszalała się śnieżyca, ograniczając widoczność do paru metrów naprzód. Zza wirujących płatków Ath od czasu do czasu mogła dostrzec migający niebieski płaszczyk. Coraz wyraźniej słyszała dziwny szum i trzeszczenie. Na chwilę burza ustała i przed oczami opiekunki pojawił się straszny widok. Dziecko, przerażone i osaczone wpatrywało się w swojego prześladowcę. Za dziewczynką ogromna, wzburzona rzeka walczyła z ograniczającą ją tymczasowo krą. W końcu mała zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę lodu. Ostrożnie weszła na pierwszy z jego odłamków, który zachwiał się niebezpiecznie. - Nie, błagam, nie rób tego… - Wymamrotała Athena przez ściśnięte ze strachu gardło. Bała się panicznie, że rzeka pochłonie to niczemu nie winne stworzenie. Prawie uwierzyła w to wszystko, co powiedziała jej tamta kobieta. Rozległ się donośny trzask. Kra pękła na dwoje. Opiekunka obserwowała, jak żywioł pochłania dziecko i prawie natychmiast się uspokaja. Ath na drżących nogach podeszła do brzegu. Na białym jak chmury w pogodny dzień śniegu leżał stary, zniszczony wolumin. Dziewczyna powoli go podniosła i odwróciła się w stronę szarego, bezbarwnego miasta. Jej myśli były pełne pytań, na które na próżno byłoby szukać odpowiedzi. Zamknęła oczy. Wszystko, czego chciała, to powrócić do normalności. Do zwykłego Charmsville, w którym nigdy nie miała poczuć się jak w domu. *** Galowy strój był bardzo niewygodny. Nie dość, że długa, niegdyś czarna spódnica ograniczała jej swobodę ruchów, a szara bluzka miała za duży dekolt, to znoszone pantofle były o wiele za małe. W sali, w której pisali maturę było duszno i ciemno. W kącie pomieszczenia, nieco ponad sztucznym kościotrupem, jakiś bardzo pracowity pająk rozsnuł swoją zwiewną sieć, przysłaniając fragment zbutwiałego, drewnianego sufitu. Athena wpatrywała się w małe stworzonko, gryząc ze zdenerwowania koniec ołówka. W głowie miała absolutną pustkę. Była pewna, że obleje ten egzamin. Egzamin dojrzałości. O mało nie wrzasnęła, kiedy usłyszała ten dobrze znany jej głos. Dochodził z wnętrza jej głowy, z tego samego miejsca, co w snach. Szorstki i nieprzyjemny głos mężczyny. Ja nie oszalałam, ja nie oszalałam, nie, nie, nie… Jakby w próbie tego potwierdzenia pochyliła się nad arkuszem papieru. Przez małe, nigdy nie myte okno wpadł pojedynczy promień słońca, oświetlając jej kartkę. Uśmiechnęła się pod nosem, parę razy przeczytała wszystkie pytania i zamknęła oczy. Zaczęła uderzać koniuszkiem ołówka w przypadkowe miejsca na kartce. „Niezależna komisja”, nadzorująca egzamin, składająca się ze szkolnego woźnego i jego miotły, zwróciła na Ath srogi wzrok spod siwych, krzaczastych brwi. Ciche pukanie drewna o drewno rozległo się w całej klasie, zwracając uwagę innych piszących. Dziewczyna bezczelnie wyszczerzyła zęby i wzruszyła ramionami. Zakreśliła na chybił trafił parę odpowiedzi i oddała kartkę woźnemu. Statecznym krokiem, z zadartą głową wyszła z sali i zatrzasnęła za sobą drzwi. Usłyszała huk i wrzaski woźnego. Wybiegła nieco dalej na pusty korytarz i usiadła na parapecie. Przez okno widziała bezchmurne niebo, czystą jak łza wodę pobliskiego stawu, kwitnące krzewy bzu i forsycji, ławki, zapełnione roześmianymi uczniami młodszych klas… Jednak to wszystko było bardzo odległe, gdy patrzyło się przez brudną, starą szybę. Co mnie napadło? Co ja zrobiłam? Ath ukryła twarz w dłoniach. Nie miała siły płakać. Zrujnowała swoje szanse na przyszłość przez zwykłą zawiść i niewytłumaczalną głupotę. Komu chciałam zrobić na złość? Samej sobie? Szkoła była cicha i bardzo, bardzo stara. Wielu uważało, że był to jeden z pierwszych budynków wybudowanych w Charmsville, które wbrew pozorom nie było miastem zbyt młodym. To II Wojna Światowa zniszczyła dawną metropolię, istniejącą w tym miejscu od siedemnastego wieku i pod dymiącymi zgliszczami pogrzebała wszystkie jej pozostałości. Athena, gdy się o tym dowiedziała na lekcji historii w czwartej klasie, poczuła się bardziej obco niż zazwyczaj. Myśl, że są tylko gośćmi na ziemi, należącej do innych ludzi, którzy ją ujarzmili, którzy o nią walczyli i którzy za nią umierali, była dla niej nie do zniesienia, chociaż i tak nigdy nie nazywała tego miasta domem. Wstała, wzięła do ręki torbę i powoli, ze spuszczoną głową rozpoczęła długą oraz ponurą drogę do nowego lokalu sierocińca. Mijała przechodniów, najczęściej ludzi znanych jej z widzenia. Dopiero teraz uświadomiła, jak małe jest Charmsville i jak mikroskopijne szanse miała tutaj na przetrwanie. Oni od urodzenia są już ustawieni, od pierwszych lat życia przygotowują się na znany im od początku los… A ja nawet nie wiem, kim chcę być w przyszłości. Może tamta kobieta miała rację? Może dla mnie tutaj już po prostu nie ma miejsca? *** Było bardzo późno. Profesor James Meddock czuł już piasek pod powiekami. Lampa powoli przygasała, a jemu brakowało żarówek. Zawsze o nich zapominał, rozrzucał po całym domu, a potem nie odnajdywał. Do sprawdzenia została mu jedna, pełna błędów matura. Błagalnym wzrokiem powiódł po ogromnej, starej, zakurzonej półce na książki. Następnie spojrzał na karmazynowe zasłony przy dużym oknie i znowu na mahoniowe biurko. - Trzeba będzie z tym skończyć. Za stary jestem na taką robotę, w dodatku stać mnie na to, żeby z niej zrezygnować… - mruknął pod nosem i podrapał się po błyszczącej jak kula bilardowa łysinie. Wziął do ręki czerwony długopis i z niechęcią przyjrzał się pracy. - No cóż, ktoś sobie zrujnował życie, jak widać. Z taką wiedzą to nawet mechanikiem samochodowym nie zostanie. *** Musiał złamać reguły gry, zabraniające kontrolowania figur przeciwnika. Ale pionek to przecież nie figura. *** Meddock zadowolony z siebie zakończył pracę. Wypił do końca zimną już herbatę, łyknął pastylki i rzucił się na łóżko. Ostatnia ze sprawdzanych matur wydawała mu się beznadziejna, a okazała się być napisana bez jednego chociażby błędu. Profesor nie po raz pierwszy przekonał się, że pozory mylą. *** - Nie możesz jej pozwolić dostać się do college’u, Jenkins. Jakiegokolwiek. Pamiętaj o tym wszystkim, co dla ciebie zrobiliśmy, o swoich niezapłaconych długach – z gabinetu starszej opiekunki dobiegł Athenę schrypnięty do granic możliwości głos. Wstrzymała oddech i przywarła do białej, zimnej ściany, uderzając się w głowę wiszącym na niej obrazem. Wychyliła się lekko za róg. Ujrzała tylko fragment fartucha pani Jenkins i wiklinowy fotel, najwygodniejszy sprzęt w całym sierocińcu. Światło z okna raziło ją w oczy tak, że zrezygnowała z podpatrywania i zadowoliła się słuchaniem. Powietrze pachniało dymem papierosowym i drogą wodą do golenia. - Oczywiście, wiem, że to mój obowiązek, ale nie potrafię… - Zaczęła kobieta łamiącym się głosem. Ona? Załamana? Co mogło się stać? - … być stanowcza? Mam ci przypomnieć, jak skończyli ci, którzy po rozczarowaniu naszymi metodami działania przyłączali się do „tamtych”? - Nie musisz, Marth. - Czyżbyś zaczynała zwracać się do mnie po imieniu? – Zapytał się mężczyzna. Ath wyczuwała rozbrzmiewającą w jego głosie ironię, wibrującą na skrętach szorstkiej, nieprzyjemnej maniery mówienia. Co jakiś czas robił przerwę na świszczący oddech. - Nie. Idź już stąd, muszę porozmawiać z Atheną… - Ach, rozumiem, mam ci nie przeszkadzać w jakże ważnej oraz pilnej pracy? - Dobrze zrozumiałeś – syknęła opiekunka. Athena ledwo zdążyła z powrotem usiąść na krześle w ciemnym przedpokoju o niskim suficie, gdy usłyszała stuk wysokich obcasów. Z gabinetu Jenkins powolnym, dostojnym krokiem wyszedł wysoki, szczupły mężczyzna, na widok którego Athena o mało co nie krzyknęła. Obcy miał duże, damskie usta, poprawione ciemnoczerwoną szminką, nienaturalnie bladą cerę, przysypaną nieco pudrem i długie, czarne włosy opadające na ramiona. Najgorsze były jednak w nim oczy – jedno z nich normalne, jasnozielone, a drugie o wiele większe od drugiego, jasnoszare, prawie białe. Ubrany był w surdut, eleganckie, czarne spodnie i buty na obcasach. Na rękach miał białe rękawiczki. Na widok dziewczyny wyszczerzył zęby w obleśnym uśmiechu, odsłaniającym metalowe klamry na zębach. - Witaj, stokrotko – wychrypiał, oblizując wargi. Athena spojrzała na niego, próbując ukryć przerażenie pod płaszczem pewności siebie. - Czego ode mnie chcesz? – Powiedziała, po czym przekonała się, że zabrzmiało to o wiele mniej odważnie, niż by chciała. - Stokrotka boi się starego, brzydkiego faceta? Nie ma czego, dziecinko, ja ci krzywdy nie zrobię… - Zarechotał i podszedł do niej. Jenkins bez ruchu stała w drzwiach, przyglądając się tej scenie bezczynnie. Ath zamknęła oczy, gdy białe rękawiczki silnie ujęły ją za podbródek. Poczuła ostry zapach męskiej wody po goleniu i smród bardzo drogiego tytoniu. Mężczyzna przyjrzał się jej uważnie. Przez prawie minutę musiała znosić jego badawczy wzrok, prześlizgujący się po jej oczach, nosie, ustach… W końcu puścił ją i pokręcił głową. - To jeszcze dziecko – szepnął, odwracając się i wychodząc z budynku przez małe, pomalowane na biało drzwi. Obie kobiety jeszcze przez jakiś czas przyglądały się mu przez okno, odgarniając na bok proste firanki. - Kto to jest? – Zapytała Athena, chcąc przerwać niezręczną ciszę. Nie chciała o nic więcej pytać się tej kobiety, która była jej bardziej obca niż zwykle. - Bardzo nieszczęśliwy człowiek, Ath. I bardzo samotny, chociaż otoczony ludźmi ze wszystkich stron. komentarze [10] Rozdział IV, czwartek, 22 marca 2007, 14:15:45 Rozdział, który miał być niezwiązany z fabułą, stał się z nią bardzo związany^^. Tak to jest, jak człowiek ma tysiąc pomysłów na sekundę, a jakiś spodoba mu się zbyt bardzo. Poza tym za parę minut powitacie nowy szablon! Miałam już zdecydowanie dość tej jesiennej tonacji, mamy przecież wiosnę. Mam nadzieję, że ten też będzie pasował do treści opowiadania. A co do części... Mało tego, oj mało. Cztery strony. Rozdział IV Pył na wietrze Joy to the earth, the Savior reigns! Let men their songs employ; While fields and floods, rocks, hills and plains Repeat the sounding joy - Joy To The World W końcu nadeszła. Cicho, niespodziewanie, zaskakując nawet koty zimujące na ośnieżonych dachach przytulnych domów, niedostrzeżona wtargnęła do Charmsville, zaprzątając myśli nawet tych najrozsądniejszych ludzi. Kiedyś, wydawałoby się, nikt jej nie potrzebował, teraz rok bez niej był rokiem straconym. Magiczna, delikatna, zmuszająca, chociaż na jeden dzień, nawet najbardziej skamieniałe serca do zmiany postawy. Nastała Wigilia Bożego Narodzenia, a stało się to w środku nocy. Nikt nie czuwał. Zazwyczaj tak jest, że kiedy dzieją się rzeczy naprawdę wielkie i wspaniałe, nikt się nimi nie przejmuje. Tym razem było jednak inaczej; ktoś czekał. Wpatrywał się godzinami w skrzące się w świetle przygasających latarni płatki śniegu, przyciskał nos do szyby i przyglądał się odległym, wydawałoby się zimnym, nieprzyjaznym gwiazdom. Jerry mocniej otulił się połatanym szlafrokiem i zerknął na zegarek. Jedenasta piętnaście. Jeszcze tylko czterdzieści pięć minut i zacznie się najpiękniejszy dzień w roku. I tylko on, on jeden, przywita go odpowiednio, ze świecą w dłoni. Ogarek, który miał zamiar do tego wykorzystać, stał na stoliku nocnym, rzucającym na podłogę niesamowity, niepokojący cień. Obok małej świeczki leżało pudełko zapałek, zakupione przez chłopca za pieniądze znalezione na chodniku. W sierocińcu mieszkał od paru lat. Nie potrafił narzekać na to miejsce; jego ojciec pił, a w amoku bił matkę, która jako jedyna próbowała ratować sytuację pracując jako praczka. Kiedy rodzicom odebrano do niego prawa, nie sprzeciwiał się. Trochę żal mu było matki, ale od ojca uciekał z chęcią. W przytułku przynajmniej zawsze miał ciepły posiłek i posłanie. Podrapał się za odstającym uchem i wytarł nos rękawem. Pokój był ciemny i cichy, a szafa stojąca w kącie wyraźnie przyglądała się Jerry’emu. Tik, tak, tik, tak, tik, tak… Monotonne tykanie zegarka usypiało go niczym najlepsza kołysanka. Był zmęczony, gdyż cały dzień lepił największego bałwana w mieście na konkurs. Oczywiście przegrali, ale tylko dlatego, że drużyna przeciwna dostała garnek, w którym ich człowiek ze śniegu był o wiele wyższy. To było zdecydowanie niesprawiedliwe. W jego głowie odezwał się znienawidzony, szorstki i pełen ironii głos Atheny: „A czy życie jest sprawiedliwe?”. Nie znosił jej podejścia do życia. Wiecznie niezadowolona, zarozumiała i niemiła doprowadzała go do szału, a jej zamiłowanie do wszelkich zasad, zupełne sprzeczne z jego charakterem, dodatkowo irytowało. Jedenasta trzydzieści. Pokryta fantazyjnymi zawijasami szyba przyciągała chłopca, fascynowała go. Delikatnie jej dotknął i cofnął rękę jak oparzony. Lód był tak zimny, że aż gorący. Z ust siedmiolatka wydobywała się para. Tonął, znikając pod powierzchnią rzeczywistości. Nie zbliżała się Wigilia, tylko koniec świata… To był tylko sen. Nadal siedział przed oknem, czekając na Święta. Zadrżał. Mróz, panujący na dworze dawał się we znaki i tam, pomimo grubych ścian i wątłego ogrzewania. Korciło go, żeby zapalić świecę przed nadejściem Wigilii i trochę się przy niej ogrzać. Spojrzał tęsknie na zapałki. Wziął do ręki pudełko. Przyjrzał się mu dokładnie. Było małe i niepozorne, z czarnym kotem na wierzchu opakowania. Zwierzak uśmiechał się do Jerry’ego, szczerzył białe zęby… Było mu zimno, zbyt zimno. *** Ciemność. I znowu zaczynał się koszmar. Wydawało jej się, że za chwilę znowu będzie uciekać przed stadem wilków. Jednak tym razem zobaczyła tylko niewyraźną, jakby rozmazaną twarz. Nie znała go, ale prawie natychmiast zorientowała się, że to mężczyzna, którego głos słyszała w snach już od paru dobrych miesięcy. Nie widziała go wyraźnie, lecz jak odbicie w przybrudzonym lustrze. Próbowała go uderzyć, zrobić cokolwiek, aby zniknął, ale obraz nadal trwał. - Płonie. Ogień jest wszędzie, niedługo już przed nim nie uciekniesz. On jest ogniem. Nie uciekniesz przed żywiołem. Obudź się, Atheno! - A nie potrafisz zrozumieć, że po pierwsze, twoje nadęte przemówienia mnie już nudziły, a po drugie, ja może chcę się wyspać i nie mam ochoty, żebyś… -…mnie budził! – To ostatnie zdanie wykrzyczała już na głos. Siedziała na własnym łóżku, zlana potem. I nie był to efekt snu, który tym razem nie był przerażający tak jak zazwyczaj. W pomieszczeniu naprawdę było niemiłosiernie gorąco. Zdezorientowana rozejrzała się po pokoju. W oknach, w pomarańczowej, rażącej w oczy łunie, lśniły szybko topiące się płatki śniegu. Szafa lekko dymiła, a czarne plamy zajęły już większą część jej powierzchni. Ath wciągnęła powietrze głęboko w płuca i zakaszlała. Dym wdzierał się w każdy kawałek jej umysłu, odbierając jej zdolność samodzielnego myślenia, a zostawiając panikę. Bała się ruszyć, myślała, że zaraz spłonie… Nie, to nie ona umierała, to cały świat ginął w ogniu. Chwyciła parę przypadkowych przedmiotów w dłoń i wybiegła z pokoju. Płomienie zajęły już większą część korytarza. Dlaczego nikt mnie nie zbudził? Ano tak, mój pokój jest ostatni w lewym skrzydle… To znaczy, że pali się… Spojrzała w prawo, na drzwi prowadzące do pokoiku Jerry’ego. Całe zajęte ogniem, wyglądały jak jedna wielka pochodnia. Nagle odpadła rozgrzana do czerwoności klamka, wypalając okrągła dziurę w podłodze. Cały czas słyszała krzyki i odgłosy ewakuacji. W jednej chwili powietrze przeszył pojedynczy wrzask, przerażający, pełen rozpaczy. A potem huk i pył wypełniły cały budynek. Sufit zaczął się zawalać, a ściana ognia niebezpiecznie zbliżała się do Atheny. Gotowa była zginąć, nie miała niczego, co trzymałoby ją na tym świecie. Nie można było jednak powiedzieć, że się nie bała. Całe jej ciało przepełniał strach i panika, chęć ucieczki, a jednocześnie ujrzenia płomieni od środka., stania się ich częścią i zniszczenia całego tego piekła razem z nimi. W jednej chwili za nią zawaliła się ściana, pozostawiając trochę miejsca na przejście. Wydawało jej się przez chwilę, że za gruzami widzi jakąś postać, jednak okazało się to złudzeniem. Nadal stała w miejscu. - Uciekaj, póki widzisz drogę. Tym razem los cię oszczędził, ale nie zawsze tak będzie. Niezgrabnie przeskoczyła przez gruzy. Upadła na ziemię i usłyszała trzask, a potem poczuła nieprzyjemny, rwący ból w lewej ręce. Zataczając się wstała. Pustymi oczyma wpatrywała się w dzieło zniszczenia. Wielkie jęzory płomienia lizały już dach niebezpiecznie chwiejącego się budynku. Od strony sierocińca buchało gorąco. W powietrzu przeważał smród spalenizny. Wokół niej, zamiast zimnych, białych płatków śniegu, wirował szary, gorący popiół. Nadal słyszała pomrukiwanie, syk i jęk przeciążonej, nadwątlonej konstrukcji. Z miejsca, w którym znajdował się plac zabaw, dobiegały okrzyki przerażenia i płacz dzieci pozbawionych resztek dobytku. Spojrzała na to, co udało jej się wynieść z pożaru: „Odyseję” Homera, czarny płaszcz i album ze zdjęciami. Zaklęła szpetnie pod nosem. I na co mi teraz to wszystko? Bardziej przydałyby się pieniądze. Skrzywiła się i byle jak narzuciła płaszczem. W cieniu wielkiego ogniska, jakim stał się przytułek, mała, utykająca postać zmierzająca w stronę placu zabaw była naprawdę pyłem na wietrze. *** Athena stała obok pani Jenkins na skostniałych nogach. Wszystkim było zimno, niektóre z dzieci w dodatku były głodne. - Czy ktoś zadzwonił po straż pożarną? – Zapytała się starsza opiekunka, ubrana tylko w koszulę nocną i kapcie. - Tak, powinni zaraz przyjechać… - Westchnęła pulchna pomocnica, Mary. Z płonącego budynku wystrzelił nowy słup ognia, kiedy płomień natrafił na choinkę. Z pobliskich okien ludzie z zaciekawieniem przyglądali się widowisku, chociaż niektórzy nawet nie odsłaniali okien, próbując spać. Nie zależało im na tyle, by się przejmować. - Czy dzieci zostały policzone? Nikogo nie brakuje? Wszystko w porządku? – Jenkins nadal próbowała zachować pozory spokoju. Nic nie jest w porządku, a zwłaszcza ty, pomyślała ponuro Ath. Ja słyszę jakieś dziwne głosy, i tak już beznadziejne życie wali mi się w gruzy, a ty mówisz o jakimkolwiek porządku? Przydałby się, oj tak, ale nawet nie wspominaj o nim w takiej sytuacji. - Proszę pani, proszę pani! – Wykrzyczało któreś z dzieci. Starsza opiekunka natychmiast przyjęła milszy wyraz twarzy. - Słucham, skarbie? - Jerry’ego nie ma – oznajmiło, natychmiast po tym wtapiając się z powrotem w gromadkę identycznie ubranych bachorów. Wszystkie opiekunki, poza Atheną i Jenkins, jak na komendę spuściły głowy i zaczęły odmawiać Ojcze Nasz. W głośnej ciszy, pełnej huku i szeptów, słychać było zegar wybijający północ. Nadeszła Wigilia. Sanctificetur nomen tuum, adveniat regnum tuum… Trzask i krzyk pozostałych mieszkańców ulicy. Krzyki: „Zawalił się sierociniec! Niech no,kurwa, ktoś po straż pożarną zadzwoni!”. Fiat voluntas tua, sicut in cello et in terra… Wycie syren. Straż pożarna przyjechała, to się nimi zajmą… Panem nostrum quoditianum da nobis hodie… Popiół wciskał się do nosa i oczu, drażniąc i powodując łzawienie. Athena płakała, ale nie nad Jerrym. Jej żal było domu i wszystkiego, co w nim zostało. Podręczników, zeszytów, a w głębi serca i dziecinnych zabawek, lalek bez włosów i oczu. Dotknęła medalionu wiszącego na jej szyi. Miałeś mnie chronić, pomyślała z wyrzutem. Jak ojciec, dodała i nagle zorientowała się, jakie głupstwo wpadło jej do głowy. Co ja sobie myślałam? Że jakaś głupia błyskotka w czymkolwiek mi pomoże? Zaczęto dogaszać zgliszcza. Powietrze stało się duszne nie do zniesienia. - Gdzie będziemy teraz mieszkać? – Spytała cicho Mary, chowając ręce w kieszeniach różowego szlafroka. - Pewnie dostaniemy nowy lokal – szepnęła Jenkins, odwracając wzrok. Strażacy wynieśli z gruzów małe, zwęglone ciało. *** Teraz było mu już ciepło. Na zawsze. *** - To nie było świadome podpalenie. Chłopak najprawdopodobniej chciał się ogrzać. Czy w sierocińcu było ogrzewanie i odpowiednie warunki? *** Przez następny miesiąc mieli mieć zapewnione noclegi w pobliskim szpitalu, obskurnej ruderze śmierdzącej rybą. Okna w Sali przeznaczonej dla sierocińca wychodziły na fabrykę kleju. Święta spędzili rozmyślając nad wątpliwą przyszłością. Nie było świątecznego puddingu ani prezentów, ale dzieci i tak nie czuły się zawiedzione. Zrozumiały, że nie był to najlepszy okres na dodatkowe zawracanie głów zatroskanych opiekunek. *** Osiem dni upłynęło już od feralnego pożaru na ulicy Os. Athena w całkowitych ciemnościach siedziała na swoim łóżku w sali szpitalnej. Na sobie miała dopasowaną, białą szpitalną koszulę, a na nogach niewygodne, zimne kapcie. W pomieszczeniu panował mróz porównywalny do tego na dworze. Znad głów pogrążonych we śnie dzieci od czasu do czasu unosiły się małe obłoczki pary, tworząc fantazyjne, lśniące kształty. W przebłyskach światła, dobiegającego zza przesłoniętych białymi zasłonami okien, można było dostrzec kurz, unoszący się nad powierzchnią mebli jak zwiewna aureola. Dziewczyna przez chwilę przyglądała się temu wszystkiemu bez słowa. Nagle usłyszała głos znany jej tylko ze snów. - Pośpiesz się. Czas się kończy. To, co ujrzałaś, jest tylko wstępem, pierwszym rozdziałem. Wzdrygnęła się i nie odwracając głowy, wycedziła przez zęby: - Odwal się ode mnie. Zostaw mnie w spokoju. Powiedziała to jednak o wiele głośniej, niż chciała. Pani Jenkins nagle uniosła głowę znad poduszki i, odgarniając z czoła rozczochrane włosy, spojrzała na Ath zdziwionym wzrokiem. - Wszystko w porządku, złotko? – Wyszeptała starsza kobieta, nadal wpatrując się w nią z tą samą mieszaniną strachu i zdezorientowania. Athenie zakręciło się w głowie, coś pociągnęło ją w dół, w czarną otchłań pełną koszmarów, słów i przepowiedni. Bezsilna opadła na poduszki. *** Głowa ciążyła jej nieznośnie. Nie chciała otwierać oczu, każdy ruch, włącznie z wdechem, sprawiał ból. Leżała bezczynnie przez jakieś dziesięć minut, wsłuchując się w dobiegające z oddali słowa: - Nic jej nie będzie. Po prostu straciła przytomność, nic poważnego… - głos z całą pewnością należał do mężczyzny. Po chwili przemówiła pani Jenkins: - Ale, panie doktorze, co spowodowało taką reakcję? To młoda, zdrowa dziewczyna! - No cóż, sam nie jestem pewien, ale sądzę, że powinna pani zacząć zwracać większą uwagę na jej zachowanie. To może być początek czegoś o wiele groźniejszego. Ath ostrożnie uchyliła jedną powiekę. Oślepiło ją światło żyrandola. Przez parę minut walczyła z sennością, chcąc zadać wiele pytań lekarzowi, nie udało jej się to jednak. Początek czegoś groźniejszego, mówił. Jakże zabawne jest, kiedy ludzie sami nie wiedzą, o czym opowiadają. komentarze [22] Rozdział III niedziela, 4 marca 2007, 19:04:19 A więc, jest i trzeci rozdział. Sześć stron w Wordzie. Jakiś taki... Dziwny, nawet jak dla mnie. Nie sądziłam, że będzie utrzymany w takim klimacie. A, możliwe jest, że następny będzie takim średnio fantastycznym przerywnikiem, bez którego fabuła zapewne by się obyła, ale ja akurat mam na niego wenę. Obiecuję, że jeżeli takowy będzie, to brak wybitnego nawiązania do fabuły (poza bohaterami, oczywiście) nadrobię jakością. Jest to i tak sprawa wątpliwa. Rozdział III Kto dostanie prezent, a kto odpowiedź „Pray unto the splinters, pray unto your fear pray your life was just a dream the cut that never heals pray now baby, pray your life was just a dream the world in my hands, there's no one left to hear you scream there's no one left for you” - Marilyn Manson, „Man That You Fear” Tygodnie mijały, a Ath coraz rzadziej wracała do tajemniczych wydarzeń, które przecież tak bardzo ją zafascynowały. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia i nawet w tak ponurym miejscu, jakim był sierociniec, można było dostrzec oznaki przygotowań do tej radosnej okazji. Dzieci jakby się ożywiły i z kolorowego papieru zaczęły przygotowywać dekoracje na choinkę, ufundowaną przez okolicznych leśników. Z najtańszych możliwych materiałów, przy pomocy wychowawczyń wyczarowały wspaniałe, cieszące oczy kolorem łańcuchy, a z wydmuszek najpiękniejsze na świecie bombki, nietrwałe, co prawda, lecz i tak cudowne. Uśmiechy zagościły na twarzach nawet najbardziej zatroskanych wychowanków, kiedy oznajmiono, że na stole Wigilijnym będzie można znaleźć najprawdziwszy pudding świąteczny, a pod drzewkiem z całą pewnością znajdą się prezenty. Tylko w kuchni cały czas toczyły się niespokojne rozmowy o sprawach finansowych. Wszystkie zapotrzebowania miała zaspokoić coroczna kwesta na ulicach miasta. Zbieranie datków w strojach pań mikołajowych nigdy nie było marzeniem żadnej z opiekunek, ale nie było innej możliwości. Ku zdziwieniu i niezadowoleniu Atheny okazało się, że w tym roku „dorosła już do wzięcia na siebie części odpowiedzialności za finanse”. Kiedy pani Jenkins jej to mówiła, Ath myślała, że chodzi o księgowość lub inne odpowiedzialne stanowisko, a okazało się, że… - Mam się przebrać w jakiś idiotyczny, czerwony strój i paradować w nim po mieście z dzwoneczkiem i puszką w ręce?! Nie ma mowy! – wrzasnęła na cały głos, gdy dowiedziała, jak „ważna” rola została jej powierzona. Nie mogła w to uwierzyć – dowiodła już przecież, że potrafi zajmować się dziećmi i uważała, że tym razem naprawdę jej zadanie mogłoby być nieco poważniejsze. Patrzyła się pustym wzrokiem na panią Jenkins, ubraną tym razem na niebiesko i trzymającą w ręku pomięty fartuch. - Atheno, pamiętaj, że nadal znajdujesz się pod naszą opieką! Nie masz prawa się mi sprzeciwiać. A i tak powinnaś się cieszyć – datki będziesz zbierać w centrum handlowym. Żadnych „ale”. A teraz wracaj do nauki – stwierdziła sucho starsza kobieta i odeszła, zostawiając młodą dziewczynę w szoku. *** Kiedy nadszedł czas kwesty, stała się rzecz niespodziewana. Mimo wczorajszej mokrej i mało świątecznej pogody, nad ranem całe Charmsville pogrążone jeszcze w miękkim półmroku obudziło się otulone olśniewająco białą, delikatną kołdrą. Jasny puch zalegał na dachach. W zaułkach płatki śniegu tańczyły z wiatrem walca angielskiego, migocąc w niknącym świetle usypiającego księżyca. Tak samo powoli i delikatnie jak miasto budziła się tego dnia Amy Robinson. Dziewczynka otworzyła oczy, przeciągnęła się i usiadła na łóżku. Początkowo zdziwiło ją otoczenie, w którym się znajdowała. Nie do końca przywykła jeszcze do sierocińca, ale wystarczył rzut oka na szafę, obraz i koronkowe zasłonki w oknie, aby przykra rzeczywistość znowu uderzyła ją prosto w twarz. Westchnęła i nagle przypomniała jej się rzecz o wiele milsza; otóż zbliżały się Święta! Uśmiechnęła się lekko i wyjrzała przez okno. Początkowo nie mogła uwierzyć własnym oczom; cały świat przykryty był cukrem pudrem. Nie zważając na zimną podłogę wybiegła na korytarz krzycząc: - Śnieg! Spadł śnieg! Cisza, a w niej delikatny szmer śniegu opadającego leniwie na parapet i sennych oddechów, zdziwiły małą Amy. Czyżby było aż tak wcześnie? Pobiegła do pokoju pani Jenkins; drzwi były zamknięte na klucz. Lekko przestraszona ruszyła do Ath, która teoretycznie powinna jeszcze spać. Ona zawsze zostawiała drzwi otwarte, czy to przez przesąd, czy z innych powodów. Co prawda nienaoliwiony zamek nie dał ruszyć się łatwo, ale po paru próbach jasnowłosa weszła do pomieszczenia. Athena spała w najlepsze. Stara kołdra leżała zwinięta na podłodze z ciemnego drewna, a poduszka, zgięta wpół, zwisała z brzegu łóżka, przytrzymywana przez zaciśniętą w pięść dłoń dziewczyny. Ciemnobrązowe włosy całkowicie zasłoniły jej twarz, a ciało zdawało się tonąć w zbyt dużej koszuli nocnej. Amy pociągnęła ją za rękę. Ath przekręciła się na drugi bok i sapnęła. Nie chciała jeszcze wstawać; po raz pierwszy od paru dni jej sny pozbawione były koszmarów. Dziewczynka nie dała jednak za wygraną i ugryzła opiekunkę w palec. - Auu! – wrzasnęła i natychmiast usiadła na łóżku, patrząc gniewnym wzrokiem na Amy. - Spadł śnieg! Zobacz, w oknie! – krzyknęła zarumieniona dziewczynka i wskazała palcem na oszronioną szybę, za którą zima, jasna i sprawiedliwa królowa, święciła triumfy. Na początku Athena miała ochotę trzasnąć małą w twarz za przerwanie jej odpoczynku, ale zrezygnowała, gdy ujrzała wspaniały widok roztaczający się za cienką warstwą szkła. Zazwyczaj znajdowała się tam ciemnoczerwona ściana, a w tamtej chwili zastąpiła ją nieprzenikniona zasłona wirujących na wietrze płatków śniegu. Ath przymknęła oczy i uśmiechnęła się. Bądź co bądź, zima w Charmsville, choć rzadka, zawsze była piękna. - A dzisiaj kwesta! Będziesz chodziła w takiej śmiesznej sukience! – Amy roześmiała się na głos, całkowicie psując Athenie humor. - Fakt – stwierdziła opiekunka i wyprosiła dziewczynkę z pokoju, zatrzaskując za nią drzwi z całej siły. Nie chciało jej się nawet myśleć o przykrych obowiązkach. *** Kwesta trwała już od dwóch godzin, a Athenie udało się uzbierać bardzo niewiele pieniędzy. Ludzie robiący zakupy w centrum handlowym najwyraźniej nie należeli do najbardziej hojnych. Najczęściej z lekkim zaciekawieniem przyglądali się dziwnie ubranej dziewczynie trzymającej puszkę z napisem „datki na przytułek im. św. Jerzego” i szli dalej. Samo centrum prezentowało się imponująco. Pośrodku ogromnego hallu stylizowanego na antyczny, zbudowanego w większej części z zielonkawego kamienia, mającego imitować marmur, stała piękna fontanna, co jakiś czas wyrzucająca w górę skrzący się strumień wody. Niedaleko niej znajdowała się wielka choinka, oświetlona setkami różnokolorowych lampek i ozdobiona mnóstwem czerwonych, zielonych i złotych bombek. Kolory odbijały się w wodzie i mieniły jak tęcza. Z romantycznego nastroju tego miejsca korzystało parę zakochanych par, z zapałem wyrażając swoje uczucia. Ludzie, ubrani bogato i elegancko, w biegu załatwiali ostatnie zakupy przed Świętami. Słychać było nerwowe pytania w stylu: „Ale czy ten zegarek spodoba się dziadkowi?” i „Czy już wszystko kupiliśmy?”. Dzieci z rumieńcami podniecenia na twarzach oglądały wystawy sklepów z zabawkami, jednak ich radość najczęściej zostawała przerywana przez śpieszących się rodziców. Ath stała w tym całym rozgardiaszu i nie za bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. Zaczynała boleć ją głowa, a pełne rozbawienie spojrzenia przechodniów sprawiały, że miała ochotę roztrzaskać tym zarozumiałym snobom puszkę z pieniędzmi na głowie. Ale nie mogła. Jenkins dała jej zadanie i dokładnie wyznaczyła granice odpowiedzialności, a zasad nie wolno łamać. Nagle podbiegł do niej wysoki, chudy, czarnowłosy chłopak o bladej skórze i wyrwał jej z rąk puszkę. Przerażona Athena zaczęła krzyczeć. - Pomocy! Złodziej! Ratunku! Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Niech to szlag trafi! Nie mogę wrócić do sierocińca z pustymi rękami! Zaczęła się szaleńcza pogoń za bandytą. Wywracając się na butach na wysokim obcasie i potykając się o rąbek wściekle czerwonej sukienki była z góry na straconej pozycji. W dziale zawierającym głównie sklepy jubilerskie, wpadając na przypadkowych sprzedawców i wywracając stoisko z szalikami, chłopak skręcił ostro w lewo, do wyjścia dla personelu. Dziewczyna nie była jednak tak zwinna i niezgrabnie przewróciła się w stos czapek i rękawiczek. Nie zważając na złorzeczenia handlarza, błyskawicznie zdjęła niewygodne buty i rozdarła wycięcie sukienki na tyle, żeby dało się w niej w miarę normalnie biec. Odpychając się od ścian zaczęła doganiać złodziejaszka, któremu udało się już wybiec na ulicę. Wypadła za nim przez drzwi i, raniąc sobie nogi o chodnik, spróbowała uchwycić za skraj fioletowej szaty, stanowiącej jego ubranie. Zdziwił ją ten niecodzienny strój, ale nie miała czasu, aby głębiej się nad tym zastanowić. Ścigany potknął się. Z jego kieszeni coś z brzękiem wypadło na chodnik. Ath wypuściła z rąk tkaninę i z łomotem przewróciła się na ulicę. Pochyliła się, żeby bliżej przyjrzeć się zgubie nieznajomego. Był to duży, ciężki, srebrny medalion z ciemnofioletowymi zdobieniami na brzegach. Przedstawiał nieco nieregularny okrąg z dwoma zadrapaniami u dołu. Delikatnie wytarła go z błota. Błyszczał w popołudniowym, zimowym słońcu, piękny i szlachetny. Nie potrafiła zrozumieć czemu, ale wydawało jej się, że wisior lekko wibruje. Przyłożyła go do ucha i usłyszała muzykę, pełną magicznych brzmień i chórów o nieziemskich głosach. A potem wszystko ucichło. Spojrzała jeszcze raz na ziemię. Leżała tam niewielka, niepozorna kartka, zapisana zamaszystym, trudnym do rozczytania tekstem. Athena aż przez pięć minut trudziła się, próbując zrozumieć napis, a kiedy jej się to udało, zdumienie nie miało granic. Noś go zawsze przy sobie, on o ciebie zadba lepiej, niż najlepszy ojciec. E.M. Ojciec? To słowo budziło w Ath dawno skryte wspomnienia, ból i strach. Znowu poczuła tamtą ciszę, zimno i zdziwienie. Ojciec. Płacz i przerażenie, a później matka. Nic więcej, nic ponad ciemność. Wpatrywała się pustymi oczyma w przestrzeń. Może trwało to minutę, sekundę, a może całe godziny. Wydawało jej się, że śnieg grzebie ją gdzieś głęboko pod sobą, ogarnia ją i zabiera w wir niechcianych wspomnień, białych jak on sam, wybielonych tak przez nią samą… Walczyła, nie mogła tam wracać, to oznaczałoby słabość i upadek, przyznanie się do tego, że nie jest idealna. Wygrała, po raz kolejny, z trudem. Po krótkim namyśle i otrząśnięciu się z szoku założyła medalion na szyję. Poczuła lekkie mrowienie, które niemal natychmiast ustało. Czuła się słabo, a złodziej gdzieś zniknął. Musiała wyglądać bardzo dziwnie; szesnastoletnia dziewczyna w podartej, czerwonej sukni, bez butów, klęcząca na środku ulicy. Bała się, że w sierocińcu ją wyśmieją, że pani Jenkins zdenerwuje się na nią za niespełnienie obowiązków… W tamtej chwili chciała tylko uciec jak najdalej od Charmsville i ludzi przyglądających się jej jak umiarkowanie ciekawemu okazowi z zoo. Problem w tym, że nie miała dokąd. Gdziekolwiek by nie poszła, wszędzie byłaby obca i wszędzie zdołałaby stać się miejscowym pośmiewiskiem. Bądź co bądź, miała do tego wprost niezwykły talent. Zrezygnowana wstała i ruszyła w stronę sierocińca. Było jej zimno, ledwo powstrzymywała lodowate jak kryształki lodu łzy. Przegrała, tysięczny raz z kolei. *** Athena siedziała w obskurnym gabinecie pani Jenkins, przebrana już w swoje własne ubranie, tym razem zieloną spódnicę w wielkie, różowe grochy i jasnoturkusowy sweter. Medalion nie dał się zdjąć, a nie miała zamiaru chwalić się nim wychowawczyni. Ze ścian zwisały strzępy tapety. W rogu pokoju stało zniszczone biurko pozbawione jednej nogi, wspierające się na stosie obdartych z okładek książek. Powoli zapadał zmrok, a żarówka w zaśniedziałym żyrandolu dawała niewiele światła. Na starszą opiekunkę czekała już prawie dwie godziny. Czy rozmowa z policjantem naprawdę musiała trwać aż tak długo? W końcu otworzyły się drzwi i do pokoju weszła pani Jenkins wraz z grubym, łysym funkcjonariuszem o płaskiej, czerwonej twarzy i dużych, wodnistych oczach. Wyglądał on na bardzo zmęczonego i znudzonego. Nie zwracając uwagi na obecność kobiety, niezgrabnie klapnął na drugie krzesło, które cicho zatrzeszczało pod jego ciężarem. - A więc, khe, khe, ukradziono pani pieniądze, kiedy o godzinie piętnastej zbierała pani datki na przytułek imienia świętego Jerzego, znajdujący się przy, khe, khe, ulicy Os cztery cztery, słownie czterdzieści cztery, tak? - Mhm… - Jak, khe, khe, wyglądał napastnik? - Chudy, wysoki, czarnowłosy, ubrany na fioletowo. Blady o ile dobrze pamiętam. - A kiedy pani, khe, khe, goniła go ulicą Bella, to on skręcił w…? - Nie pamiętam. - No to trudno, khe, khe, będę musiał się zbierać. Postaramy się zbadać sprawę i odkryć, khe, khe, sprawcę, o ile tylko się da, oraz go ukarać, itede itepe. Do widzenia paniom, khe. - Może pan zostanie na kolacji? – Zapytała z czystej uprzejmości pani Jenkins, a Ath spojrzała na nią ze zdziwieniem przekrzywiając głowę. - Nie, nie, khe, khe, dziękuję. Do widzenia. – Te ostatnie słowa powiedział z naciskiem. Lekko kołysząc się na boki i trzaskając drzwiami tak, że w powietrzu momentalnie rozszedł się szary pył, funkcjonariusz wyszedł z gabinetu. - Ordynarny, chamski grubas – stwierdziła Athena. Starsza opiekunka spojrzała na nią z dezaprobatą. - Wyrażaj się jak dobrze wychowana panienka, moja droga, bo inaczej możesz mieć kłopoty i to tuż przed świętami! - Ale to prawda. Zachowywał się jak debil. Nie sądzi chyba pani, że on nam pomoże? Zapewne stwierdzi „Kij wam w oko” i pójdzie się obżerać. - Atheno Emeley, przywołuję cię do porządku! - Nie ma pani prawa mną rządzić! Nie jest pani nawet moją kuzynką, o matce nie wspominając! W tym roku zdaję małą maturę i będę już mogła na poważnie rozpocząć przygotowanie do studiów! - Łudzisz się, że gdziekolwiek cię przyjmą?! Spójrz prawdzie w oczy! Mieszkasz w sierocińcu, nie masz pieniędzy, będą ci musieli załatwić stypendium… Czy ty naprawdę myślisz, że masz jakiekolwiek szanse? - Tak! Uczę się dobrze, nawet bardzo dobrze i… - …jesteś niesamowicie skromna i uprzejma – z przekąsem stwierdziła Jenkins. - Nie sądzę, aby brano to pod uwagę – stwierdziła z przekąsem już bardzo zdenerwowana Ath. - Nie znasz życia, moja droga, i dlatego przeżyjesz wiele bolesnych rozczarowań. - Nie, nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Jesteś starą, głupią babą, która tkwi tutaj tylko dlatego, że nie miała na tyle odwagi, żeby się gdziekolwiek uczyć! – Dziewczyna zacisnęła wypełnione łzami powieki i tupnęła z całej siły nogą. - Nawet nie wiesz, jak było tutaj, kiedy ja byłam w twoim wieku! Czy uważasz, że wojna ułatwia naukę? Że krzyki umierających, niewinnych ludzi sprzyjają przyswajaniu wzorów matematycznych? Że strach przed jutrzejszym dniem uprzyjemnia zdobywanie wiedzy o dawnych bitwach i dochodzeniu do wniosku, że ludzie cały czas popełniają te same błędy? Athenę zatkało. Jak jej wychowawczyni mogła być aż taką idiotką i nie rozumieć, że brak przyszłości jest najgorszym przekleństwem, gorszym nawet od wojny? - Nic nie rozumiesz! – Ath rozpłakała się jak małe dziecko i wybiegła, uciekając przed straszną prawdą do swojego pokoju. Delikatne, lekkie jak marzenia płatki śniegu wirowały na wietrze, nieubłaganie zmierzając ku swojemu przeznaczeniu – błotnistej powierzchni dziurawego chodnika, szeptem wypowiadając przy tym słowa „Cichej Nocy”. Leżała na swoim łóżku, łkając. Wiedziała o swojej bezsilności, a im bardziej była jej świadoma, tym bardziej nienawidziła samej siebie. Chciała, żeby chociaż raz wszystko ułożyło się po jej myśli i miała nadzieję zdać małą maturą najlepiej, jak potrafiła. Czemu to wszystko przydarza się akurat mnie? Co ja im wszystkim zrobiłam? Nadchodził czas Bożego Narodzenia i rozdawania prezentów. Czas, w którym Athena od najwspanialszego podarunku wolałaby otrzymać odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania. komentarze [13] Rozdział II sobota, 10 lutego 2007, 15:28:43 „Co dzień ta sama zabawa się zaczyna i przypomina dziecinne twoje sny chcesz rozbić taflę szkła a ona się ugina i tam są wszyscy a naprzeciw ty” - "Szyba", Metro The Musical Był chłodny, szary ranek. Deszcz uderzał mocno o szyby, wybijając powolny rytm marszu. Pokój Atheny był skromnym, ciasnym pomieszczeniem, w którym ledwie mieściła się prosta szafa, łóżko, krzesło z ciemnego drewna i małe, owalne lustro wiszące na pokrytej zszarzałą farbą ścianie. Stary, czerwony budzik stojący na krześle wskazywał godzinę siódmą. Małe okno wychodziło na ścianę najbliższej, rudoczerwonej, usmolonej kamienicy, na szczęście niezbyt przyjemny widok od wewnątrz pokoju przysłaniały firanki, jedyne w całym pomieszczeniu wyglądające na nowe, a od zewnątrz chore drzewo, które nie zakwitło już od ponad trzech lat. Ath spała, jakby się mogło wydawać, spokojnie i bez koszmarów, jednak prześladował ją od tygodni ten sam sen. Stała na drodze wiodącej do zamku o szarych murach, ozdobionych gargulcami i oknami z witrażami. Za Atheną biegło stado wilków o lśniącej złotem sierści, błyszczącej w niesamowitym świetle niebieskiego słońca. Z ich zapadłych boków ściekała woda z pobliskich kałuż, a w oczach błyszczał wyłącznie głód. Bramy zamku były otwarte i chciała za wszelką cenę się do nich dostać, jednak nie mogła się poruszyć. Coś przytrzymywało ją w miejscu. Nagle usłyszała głos – twardy, szorstki i ochrypły. - Nie znajdziesz tutaj już schronienia. To miejsce nie istnieje. - Jak to nie istnieje? Przecież je widzę i czuję, to niemożliwe! - Ono nie miało prawa istnieć. Nie znajdziesz tu schronienia. Uciekaj. One przyszły tutaj tylko po ciebie. - Ale gdzie mam się schować? - Nigdzie już nie znajdziesz schronienia… Gra bez suflera rozpoczęła się dawno przed twoim urodzeniem. Nie myśl, że ją zakończysz nie poświęcając się w żaden sposób. - Jaka gra? Co ma gra do tych wilków?! Pomóż mi! Ty tutaj przecież jesteś! – krzyczała, chociaż nigdzie nie dostrzegała właściciela niesamowitego głosu. - Mnie tutaj już nie ma. W tym miejscu jestem wspomnieniem, gdzie indziej cieniem, a w jednym jedynym staję się prawdą. – Ath wydawało się, że skądś go zna, nie mogła jednak sobie przypomnieć skąd. - Pomocy! – wrzasnęła na cały głos, kiedy wilki niebezpiecznie zbliżyły się do niej. - Sama możesz się uratować. Po prostu się obudź. – doradził sucho głos. Athena ocknęła się i prawie natychmiast usiadła na skraju łóżka. Odruchowo wygładziła brudnobrązową koszulę nocną. Spojrzała na budzik. Ziewnęła przeciągle i nieco się zataczając skierowała się do szafy. Wyjęła z niej różową bluzkę z długim rękawem i zielonkawe spodnie. Ath znana była z bezguścia; co uszyła lub udało jej się zdobyć, to bezkrytycznie zakładała i uważała za najpiękniejsze na świecie. Poza tym lubiła kiepskie połączenia kolorów, jak choćby właśnie róż z zielenią lub z czerwienią. Dzieci po cichu się z niej z tego powodu podśmiewały, ale opiekunki zdawały się to akceptować, chociażby z tego powodu, że mogła nosić ofiarowane ubrania, których nikt inny by nie założył. Szybko się ubrała, na nogi wsunęła wysokie buty i wyszła z pokoju kierując się do kuchni sierocińca. W całym przytułku panowała cisza. Wszystkie dzieci jeszcze spały, a ich opiekunki najwidoczniej cieszyły się tymczasowym spokojem. Nawet korytarze o ścianach pomazanych różnokolorowymi kredkami zdawały się odpoczywać; żadne drzwi nie ośmielały się skrzypieć, wiatr nie gwizdał przez szpary w oknach, a krople deszczu wydawały się ciszej niż zwykle bębnić o szyby. Kuchnia była mała i w miarę przytulna. Ściany, niedawno wykafelkowane na kremowo, cieszyły oczy czystością, dość rzadką w sierocińcu wiecznie dewastowanym przez nieświadome swojej winy dzieci. Z sufitu zwisała samotna żarówka. Znajdowała się tam staroświecka kuchnia węglowa, na której stał wielki, czarny kocioł wypełniony jeszcze resztkami wczorajszej kolacji, lekko przerdzewiały zlew, szafki na naczynia, osiem drewnianych, prostych w budowie krzeseł i wyszorowany stół nie przykryty żadnym obrusem, na którym leżała wysłużona książka kucharska i przybrudzona chochla do zupy. Nieco ukryte za stołem, zamaskowane kolorem przypominającym odcień ścian były drzwi prowadzące do spiżarni. Gdyby nie to jej zawartość byłaby bardzo zagrożona przez łakomych wychowanków. Ath zaczęła krzątać się po kuchni. Z szafek wyciągnęła lekko nadtłuczony talerz, powyginane sztućce i kubek, który kiedyś najwyraźniej posiadał ucho. Podeszła nieufnie do kotła z resztkami z kolacji i dokładnie się im przyjrzała. Stanowiły one mieszankę nielicznych kawałków mięsa, fasoli i jeszcze rzadszego ryżu. Athena zaczęła się zastanawiać, czy tajemnicza książka kucharska nie zawierała przypadkiem tylko tego jednego przepisu. Nałożyła sobie małą porcję, po czym z dużego wiadra nalała do kubka starego kompotu, usiadła przy stole i zaczęła powoli jeść. Wiedziała, że i tak nie stać jej na wygodną podróż tramwajem, a skoro musiała iść na odległą Lavon Avenue na piechotę, to nie opłacał jej się żaden pośpiech. Rozmyślała przy tym o swojej wczorajszej pochopnej decyzji – to wyzwanie było nie tyle dziecinne, co śmieszne, a nawet niebezpieczne. Duchów z całą pewnością w domu Robinsonów nie było, ale kto mógł wiedzieć, czy nie zasadzili się tam jacyś złodzieje czy bandyci? Nie wiedziała, co tak bardzo ciągnęło ją do rozwikłania tej zagadki. Czy chęć udowodnienia Amy, że upiory nie istnieją, czy też rozwiania własnych wątpliwości? - Atheno Emeley, na miłosierdzie boskie, co ty porabiasz w kuchni o tej godzinie?- Ath odwróciła głowę w stronę, z której dochodził głos. Stała tam pani Jenkins; niska, koścista, chuda starsza kobieta o podkrążonych oczach, spracowanych rękach i zmęczonym uśmiechu osoby, która przez całą ostatnią noc pracowała. Rude włosy, w których pobłyskiwały już pasma siwizny miała ciasno upięte w kok. Miała czterdzieści lat, chociaż wyglądała na pięćdziesiąt. Postarzały ją liczne zmarszczki, delikatnie zarysowane na jej bladej twarzy, a przede wszystkim ciągły strach o przyszłość, której w dzielnicy slumsów nigdy nie można było być pewnym. Ubrana była w szarą spódnicę i zielony sweter. W ręce ściskała wysłużoną ścierkę. W sierocińcu wychowywała się prawie od urodzenia i tutaj też pracowała. Mawiano, że w młodości miała bardzo wybujałe ambicje – chciała zostać pisarką. Wojna i pochodzenie uniemożliwiły jej spełnienie marzeń, tak jak wielu innym. Była rzeczowa, surowa i sprawiedliwa, ale swoich podopiecznych traktowała jak najbliższą rodzinę. Mimo tego nie warto było z nią zadzierać. Smutna przeszłość spowodowała u niej również pewną zgorzkniałość, która bardzo utrudniała kontakty. Mimo wszystko większość osób ją lubiła. - Ja… No… Ten…- Ath na śmierć zapomniała powiadomić Jenkins o swojej planowanej wyprawie. - Nie, nie, złotko, jedz, po prostu martwiłam się, czemu nie śpisz… - starszawa opiekunka westchnęła i podeszła do zlewu, w którym nadal znajdowały się niedomyte naczynia z poprzedniego dnia. Odłożyła ścierkę i energicznie zabrała się do pracy. - Właściwie to powinnam coś pani powiedzieć. - Słucham, złotko. - Chciałam dzisiaj pójść na małą wycieczkę do parku. – Athena miała nadzieję, że Jenkins nie wyczuje kłamstwa w jej słowach. Gdyby powiedziała jej prawdę, z całą pewnością nie dostałaby pozwolenia na wyjście. Kłamstwa przychodziły jej z łatwością – ale łatwiej skłamać, niż później obronić swoją wyimaginowaną rację. - I dlatego wstałaś tak wcześnie? - Wie pani, jak daleko jest stąd do mostu… - No tak, tak złotko, ale czy nie mogłabyś przy okazji wziąć jakiejś grupki dzieciaków ze sobą? Miałybyśmy z Jude i Mary trochę spokoju, a tobie to by nie zrobiło większej różnicy. Nie dużo, jakąś trójkę czy czwórkę, to już by nam ulżyło. – Ath zmartwiała. Jeżeli byłaby zmuszona do opieki nad bandą rozwrzeszczanych dzieciaków, jej plany ległyby w gruzach. Musiała szybko wymyślić jakąś sensowną wymówkę. - Ale proszę pani, to będzie spotkanie… Osobiste. – miała nadzieję, że dobrze udaje znaczący rumieniec. Nigdy z nikim się nie spotykała, w okolicy sierocińca ani też w samym przytułku nie było chłopka w jej wieku, który w dodatku by jej odpowiadał. Jej brak ogłady, przeświadczenie o własnej wartości, arogancja i przeciętna uroda z łatwością zniechęcały potencjalnych ochotników w promieniu czterech mil. - Ach, no tak… W takim razie nie będę się dopytywać, złotko. – Jenkins powróciła do pracy. Athena odetchnęła z ulgą i wróciła do jedzenia. Smakowało tak, jak zawsze, było suche i nijakie. Wstała od stołu, sztućce i talerz podała opiekunce i ruszyła w stronę hallu. - Powodzenia. – powiedziała pani Jenkins, uśmiechając się smutno. Zaiste, przyda mi się. Jej nigdy się nie udało wydostać się z tej dziury, a nie chcę skończyć jak ona. Etatowa ciocia dobra rada, pfi. To nie dla mnie, ja jestem lepsza. Czy może ona była taka sama jak ja…? Niemożliwe. O jakich ja w ogóle bzdurach myślę. Z roztargnienia Ath nawet nie podziękowała za słowa otuchy, ani powiedziała „do widzenia”. Opiekunka nie zwróciła jednak na to uwagi; jej nigdy nikt nie dziękował. *** Dzielnica slumsów jak zwykle nie prezentowała się zbyt dobrze. Dziurawe, wyboiste chodniki, po których nawet w dzień spacerowali tylko najodważniejsi, zasypane były śmieciami. Ściany domów, ozdobione przez chuliganów sprośnymi napisami zdawały się otaczać przechodniów zewsząd. Zresztą same ulice sprawiały, że bardzo łatwo można było nabawić się klaustrofobii; wąskie niemiłosiernie, zdawały ciągnąć się w nieskończoność. Wiatr hulał po nich bez końca, zdmuchując z głów kapelusze co mniej ostrożnym osobom. Padał rzęsisty deszcz. Na starych, wczorajszych kałużach tworzyły się nowe okręgi od uderzeń setek, tysięcy kropli. Ath szła energicznym krokiem, jedną ręką przytrzymując wyrywającą się parasolkę, a drugą czapkę. Nie spieszyło jej się, ale wolała jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Mijała kolejne domy, przestraszonych przechodniów, dzieci o brudnych twarzach, właścicieli nielegalnych straganów i ich kramy oraz uważnie się im wszystkim przyglądających mężczyzn w ciemnych garniturach. Byli to, jak się domyślała, ludzie z gangu Olsena, który niepodzielnie rządził w tej okolicy. Legalne sklepy zmuszał do płacenia ogromnej miesięcznej stawki, skąd czarny rynek, prowadzony między innymi właśnie przez niego, rozkwitał. Jak do tej pory fala wymuszeń zdawała się omijać sierociniec, chociaż nawet gdyby byli do tego zmuszani, nie stać by ich było na zwiększenie wydatków. Po jakiejś pół godziny doszła do mostu na rzece Ribbon, znajdującego się w otoczeniu licznych, wtedy bezlistnych drzew. Była to jedna z miejscowych atrakcji turystycznych i nawet mimo deszczowej pogody zabawiało się tam całkiem sporo ludzi, głównie młodzież. Sam most nie wyglądał zbyt imponująco, chociaż na Ath, nieprzyzwyczajonej do tego typu widoków, zrobił wrażenie. Był nieudanym połączeniem stylu barokowego z paroma innymi, ledwo dostrzegalnymi dzięki niskim, obłym kolumienkom i opływowym, ozdobnym kształtom poręczy. Ribbon nie była dużą rzeką, toteż most nie musiał być podparty na filarach. Zalegały na nim brązowe, pomarańczowe i żółte liście, pozostawione przez służby porządkowe jako dekoracja, całkiem zresztą ładna. Uwagę Atheny przyciągnęła niewielka grupka wyrostków, chłopaków mniej więcej w jej wieku. Wychylając się przez poręcz po jednej stronie wrzucali do rzeki patyk za patykiem, po czym biegli zobaczyć, gdzie wypływają. Była to typowa dziecinna zabawa i zdziwiło ją, że osoby w jej wieku mogą zajmować się tak niepoważnymi rzeczami. Spojrzała na taflę wody. Mimo braku słońca błyszczała i mieniła srebrzyście. Naturalna szarość rzeki chwilami przechodziła w głęboką czerń lub piękny, burzowy fiolet i aksamitny granat. Na powierzchni, jak małe łódeczki, pływały pojedyncze liście, pod wpływem podmuchów wiatru obracające się to w jedną, to w drugą stronę. Zafascynowana przyglądała się temu jeszcze przez moment. Miała takie chwile, w których wydawało jej się, że lubi Charmsville, ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Uśmiechnęła się i pogrążyła w marzeniach. Wbrew stereotypom, Ath nie lubiła marzyć. To, o czym wtedy myślała, zbyt bardzo różniło się od zwykłej rzeczywistości, na tyle, że powrót do niej był bardzo bolesny. Z tego swoistego snu zbudził ją radosny śmiech chłopaków, którzy, uciekając przed nasilającą się ulewą schronili się w małej altance w pobliżu mostu. Czy oni naprawdę nie mają żadnych zmartwień? Spuściła nieco głowę i aby dodać sobie animuszu mocniej schwyciła zieloną parasolkę, tak, że aż pobielały jej czubki palców. Szła dalej, nie podnosząc głowy, wpadając na ludzi raz po raz. Była gotowa uciec z Charmsville w tamtej chwili, jak najdalej, byleby tylko pozbyć się marzeń, które przed chwilą tak bardzo ją oczarowały, a zarazem zraniły. Przyspieszyła kroku. Nie płakała – od dawna nie było jej stać nawet na uronienie najmniejszej łzy. Brak wspomnień zabijał uczucia, wiedziała o tym, zauważyła to bardzo dawno, ale wolała o tym nie myśleć. Wpadała na przechodniów raz po raz, za nią ktoś zakrzyknął: - Patrz dziwko jak leziesz! Nie odpowiedziała. Nie wiedziała, dokąd idzie, potykała się. Szła tak bardzo długo, aż, nie wiadomo skąd, stanęła pod tabliczką Lavon Avenue 25. Fakt ten zaskoczył ją niezmiernie – jakby ktoś kierował jej krokami, jakby chciał, żeby ona tu dotarła. Złość i smutek wyparowały z jej umysłu jak deszczówka podczas słonecznego dnia, a zamiast nich zagościło tam zdziwienie i determinacja. Stamtąd blisko już było do domu Amy – a przecież właśnie tam chciała dotrzeć. Zdecydowanym krokiem ruszyła przed siebie, przy okazji przyglądając się eleganckim, zadbanym domostwom i samej ulicy, skrzętnie oczyszczonej z liści, poukładanych w kupkach na trawnikach ogrodzonych niskimi, żeliwnymi płotkami. Rosły tam drzewa równej wielkości, jakby specjalnie przycinane do odpowiednich rozmiarów i równe żywopłoty. Same siedziby mieszkańców były ogromnymi willami z pięknymi oknami wykuszowymi, złotymi numerkami na drzwiach i czerwonymi, spadzistymi dachami. Jednak dobre wrażenie psuły ciemne chmury, unoszące się nisko nad ziemią; wydawało się, że lada chwila całe niebo spadnie Ath na głowę, włącznie ze swoją mokrą i zimną zawartością. Mimo wszystko z półotwartymi ustami podziwiała szyk i smak, z jakim to wszystko urządzono. Po jakichś pięciu minutach szybkiego marszu dotarła pod Lavon Avenue 12. Nieufnie przyjrzała się ogromnemu domostwu zbudowanego w stylu wiktoriańskim, z przestrzennym ogrodem. Na placu przed wejściem do domu stała fontanna. Woda z niej z cichym pluskiem spływała na ziemię, tworząc wielką, ciemną kałużę. Po lewej stronie domu znajdował się mały, zazwyczaj kremowy garaż, który przy braku oświetlenia zmieniał swój kolor na nieprzyjemny dla oka buro brązowy. Na nielicznych, wysokich drzewach liściastych otaczających budynek siedziały czarne ptaki. Dopiero po dłuższej chwili Athena rozpoznała w nich kruki. Krakały głośno i, jak się wydawało się radośnie. Furtka wiodąca do ścieżki prowadzącej pod drzwi domu ku rozpaczy Atheny okazała się zamknięta. - No to po mnie. Za nic nie wejdę do środka. No i w dodatku zaczynam mówić sama do siebie. Brawo Ath, brawo. Jeden głupi wypad na miasto i od razu ci odbija, proszę bardzo. – mruknęła, nie za bardzo wiedząc, co robić. Jak na listopad było dość zimno i mróz szczypał ją w policzki, a deszcz nieubłaganie siekł po twarzy. Stała przed zamkniętym wejściem do cudzej posiadłości, której naruszenie granic byłoby przestępstwem, a co gorsza, ona miała właśnie zamiar tam wejść. Nie chciała po prostu zawrócić, gdyż nie mogłaby znieść błysku triumfu w oczach Amy. Nagle usłyszała łopot skrzydeł. Zadarła głowę do góry i ujrzała pikującego wprost na nią kruka o rozłożystych, ciemnych jak węgiel skrzydłach. Krzyknęła i uchyliła się, klnąc szpetnie, gdy ptak przeleciał tuż obok jej głowy, muskając pazurami czapkę i o mało co jej nie zrywając. Gdy ptaszysko przeleciało, tuż obok jej nóg rozległ się głośny brzdęk. Schyliła się i spojrzała na przedmiot, który wydał ten dźwięk. Był to duży, nieco zardzewiały klucz, kończący się znakiem krzyża greckiego wpisanego w dwie czterolistne koniczyny, jedną większą od drugiej; przynajmniej tak według Atheny to wyglądało. Wolała nie myśleć, że był to „prezent” od zwierzęcia – uważała raczej, że przedmiot zaczepił się jakoś krukowi o nogi, a ten próbował się go pozbyć. Podniosła go, włożyła do dziurki od klucza w furtce i przekręciła. Nic się nie stało. Zrobiła to jeszcze raz. Usłyszała cichy szczęk, a przejście otworzyło się ze skrzypieniem. Wzdrygnęła się i wkroczyła do zaniedbanego ogrodu. Nie chciało jej się wierzyć, że jeszcze parę dni temu mieszkali tu ludzie. Nawet psie budy, schowane nieco za budynkiem zdawały się być puste. W powietrzu, oprócz zapachu deszczu, unosił się też smród zgnilizny i rozkładu. Podeszła do wielkich, ciemnych bukowych drzwi wiodących do środka domu. Otworzyły się bez trudu, chociaż musiała nieźle się wysilić, naciskając nienaoliwioną klamkę. Nigdy nie była silna, ani tym bardziej wysportowana, nie lubiła się ruszać. Uważała, że zbyt szybko się przy tym męczy, a nienawidziła wszystkich swoich słabości. Chciała być perfekcyjna, a fakt, że nie była taka pod żadnym względem bardzo ją denerwował. Hall, do którego się dostała, wyglądał, jakby ostatnim jego gościem było stado ubłoconych, a w dodatku głodnych świń. Parę połamanych krzeseł, stłuczone wielkie, oprawione w złote ramy lustro, porozrzucana po podłodze ziemia z rozbitych doniczek i resztki kryształowego żyrandolu spoczywające na ziemi oraz sufit spowity pajęczynami zdawały się zaprzeczać faktowi, że ktokolwiek kiedykolwiek tu mieszkał. Z każdym krokiem Ath podłoga trzeszczała, zapewne dając do zrozumienia, że nie jest tutaj miłym gościem. Kichnęła; kurz zdecydowanie nie działał na nią dobrze. Przeszła przez jedne z drzwi. Znalazła się w dużym, ponurym salonie z kominkiem, na którym, ku jej zdziwieniu, nieśmiało płonął ogień. Okna były pozasłaniane karmazynowymi kotarami, a na ścianach wisiały kosztowne obrazy, najczęściej przedstawiające kiczowaty zamek prosto z bajki o Kopciuszku lub inne tego typu badziewia, z pewnością namalowane przez jakiegoś niesłychanie słynnego artystę. Przed kominkiem stały dwa głębokie, obite szmaragdowozielonym jedwabiem fotele, z których siedzeń smętnie wystawały sprężyny. W kątach pokoju można było dostrzec szachownicę, półki na książki, ozdobny globus i popiersie Juliusza Cezara. Przy siedzeniach znajdował się mały, gustowny stoliczek z wiśniowego drewna, na którym leżał otwarty stary album ze zdjęciami. Ath przyjrzała się im z bliska. Przedstawiały w większości młodych, uśmiechniętych ludzi w średniowiecznych strojach. Zakochanych. On, jak mogła zauważyć na czarno – białym zdjęciu miał jasne włosy, zmęczony, ale radosny uśmiech na twarzy, a ubrany był w bardzo ozdobne, wymyślne białe szaty. Obejmował towarzyszkę w pasie. Ona, ciemnowłosa i ciemnooka, ubrana na granatowo, promiennie roześmiana, trzymała w ręku bukiet róż. Stali w jakimś ogrodzie, z całą pewnością nie przed tym domem. Athena westchnęła. To nie mogli być rodzice Amy – nie była do nich w ogóle podobna. Wsunęła album do przepastnej kieszeni swojego czarnego płaszcza. Weszła po schodach na pierwsze piętro. Przywitał ją tam równie nieprzyjemny i tajemniczy widok. Nie wierzyła w duchy i nie zmieniła swojego podejścia do całej sprawy, ale nie miała pojęcia, jak mogło wydarzyć się coś takiego. Dwoje dorosłych ludzi, zniszczony piękny dom, dziecko w sierocińcu, tak nagle i niespodziewanie… Horror. Kim była para ze zdjęć? Ath nie mogła znaleźć odpowiedzi w murach tego domu. Milczały i przyglądały się jej z dezaprobatą, majestatyczne, ozdobione mnóstwem podartych portretów. Piętro również było zasłane śmieciami. Tutaj jeszcze lepiej można było usłyszeć niepokojący odgłos deszczu bębniącego w szyby, który tutaj brzmiał wyjątkowo złowieszczo. Athena zaczynała bać się tego miejsca. Co chwila wydawało jej się, że słyszy skrzypienie schodów, albo popiskiwanie i chrobotanie myszy. Usiadła na pobliskim twardym krześle, aby zaczerpnąć powietrza. W jednym momencie rozległ się huk i krzesło się pod nią załamało. - Cholera!- wrzasnęła na cały głos i zerwała się na nogi, dopiero po chwili zdając sobie sprawę ze swojej głupoty. Przez moment zdenerwowania oznajmiła całemu światu, że włamała się na cudzą posiadłość. A właściwie nie całemu światu, lecz zainteresowanej tym jego części. Pani Jenkins wiele razy narzekała na jej brak wychowania i niecenzuralne słownictwo, nie do zaakceptowania u tak młodej osoby. Teraz to wszystko zbierało swoje żniwo, a Athena mogła tylko żałować swoich błędów. Na razie jednak w domu panowała śmiertelna cisza. Ath powoli ruszyła w stronę schodów wiodących na drugie piętro; tutaj wolała się już nie pokazywać, ale uciekać też nie miała zamiaru. Zasłony okienne poruszyły się nieznacznie. Drzwi, przed którymi stała otworzyły się na oścież, uderzając ją w twarz. Oszołomiona stoczyła się po schodach. Upadła, na szczęście nie tracąc świadomości. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Niemiłosiernie powoli ciemnooka i ciemnowłosa kobieta ubrana w granatową suknię rodem ze średniowiecza zbiegała po schodach, chociaż Athena wiedziała, że robi to z nadludzką prędkością. Wydawało się, że minęły wieki, nim zobaczyła na jej smutnej twarzy grymas gniewu i zauważyła, że jej włosy są tak brązowe, że prawie czarne. - Nie wtykaj nosa do nie swoich spraw, Atheno Emeley, Szara Gwiazdo. To nie twój czas i miejsce, jeszcze nie teraz. – usłyszała urywany głos kobiety, po czym oberwała w głowę bardzo, bardzo mocno. - Gra bez suflera się rozpoczyna… One przyszły tylko po ciebie, uciekaj, uciekaj, póki widzisz drogę! Wilki o złotej sierści miały w oczach tylko głód, doganiały ją. W pobliżu nie było już zamku, była bezbronna. - Uratuj mnie, cholera jasna! - Nie masz szans… One i tak cię dogonią, to twoje przeznaczenie… Magia, Szara Gwiazdo, ona ci może pomóc… - Magii nie ma! Po prostu zabierz mnie do domu, sukinsynu! Nigdy nie dajesz mi rad, nie pomagasz, tylko pieprzysz od rzeczy! - Radzę ci najlepiej, jak mogę. Uciekaj, póki widzisz drogę… Athenę otoczyła absolutna ciemność. Nie widziała już drogi. - Za późno. – oznajmił lekkim tonem głos. *** Obudziła się. Leżała w swoim łóżku, nadal ubrana w ociekające wodą buty i płaszcz. Zielona parasolka leżała rozłożona na podłodze. Okropnie bolały ją głowa i twarz. Spojrzała w lustro; z nosa ciekła jej cienka strużka krwi. Natychmiast przemyła go zimną wodą z misy stojącej przy krześle. Sprawdziła kieszeń; nadal miała w niej album ze zdjęciami. Obejrzała zdjęcia radosnej pary, potem na osobne kobiety. Wzdrygnęła się. Jak w tak delikatnym ciele mogła spoczywać tak wielka siła? Magii nie ma. I co z tą Szarą Gwiazdą? Jeszcze raz przyjrzała się sobie. Wyglądała nieco lepiej, więc wyszła na korytarz. Spotkała tam panią Jenkins zamiatającą podłogę. - O, Atheno, już wróciłaś? Nie zauważyłam. – starsza kobieta uśmiechnęła się ciepło. - Weszłam tylnymi drzwiami, proszę pani. – miała nadzieję, że jej marna imitacja uśmiechu zrobiła odpowiednie wrażenia. Wróciła do pokoju, przebrała się w koszulę nocną i otworzyła pierwszą lepszą książkę. Nie skupiała się jednak zbytnio na tekście – intensywnie rozmyślała nad wydarzeniami tamtego dnia. Amy powiem, że rodziców nie ma, ale dom jest normalny, taki, jaki powinien być. Nie chcę, ale muszę. Przeczytała parę zdań opowieści. Tylko o co mogło im chodzić? Niestety, o bardzo wiele. komentarze [15] Rozdział I poniedziałek, 29 stycznia 2007, 17:19:48 Oto jest pierwszy rozdział mojego opowiadania, które, jak mam nadzieję, szybko się rozrośnie. Mam nadzieję, że Wam się spodoba - osobiście może i nie jestem do końca dumna z tego tekstu, ale na pewno nie jest on najgorszym w mojej karierze pseudopisarskiej. Poza tym chcę powiedzieć, że nie życzę sobie komentarzy w stylu "super blogaseq wpadnij na mojego". Z tego typu rzeczami to nie tutaj. W roku 1958, kiedy już cały świat odetchnął po II Wojnie Światowej, a nad ziemią powietrze lśniło niebieską czystością, ludzie powracali do swoich codziennych zajęć. Problemy wydawały się znikać jak zaczarowane, kiedy już nic nie mogło bezpośrednio zagrozić życiu mieszkańców radosnych, pięknych miasteczek angielskich, takich jak Charmsville. Było ono pełne zielonych, zadbanych parków, eleganckich domków z ogródkami, maleńkich sklepików sprzedających całkowicie nieprzydatne, chociaż miłe dla oka bibeloty, uprzejmych starszych panów i równie miłych starszych pań, często nazywanych przez tamtejsze grzeczne dzieci „babciami”. Szczyciło się własną schludną biblioteką, pełną lśniących nowością bestsellerów i zakurzonych woluminów o pożółkłych kartkach, oraz nowoczesnym centrum handlowym z restauracją, zaprojektowanym przez miejscowego projektanta – geniusza. Centrum to co prawda nie należało do największych w Anglii, lecz urządzone było ze smakiem, jakiego mieszkańcy pozostałych miast mogliby tylko pozazdrościć. Poza tym, posiadało ono restaurację serwującą wykwintne dania kuchni angielskiej, francuskiej i włoskiej. Menu przetłumaczone zostało na aż trzy języki obce, co stanowiło dla rodzimych klientów jeszcze większy powód do dumy. Mieszkańcy Charmsville byli ludźmi bardzo zadowolonymi ze swojego spokojnego stylu życia – nie cierpieli głodu ani chorób, a rozwody wśród przeważającej części szczęśliwych rodzin były ewenementem na miarę trzeciej wojny światowej. Pociechy nigdy nie zadręczały rodziców niegrzecznymi odpowiedziami, nie chorowały, a w czasie wolnym od pilnej nauki w tamtejszej wzorowej szkole całe swoje siły wkładały w sport i trening pływacki. Była jednak również druga strona medalu, a mianowicie dzielnica slumsów, do której żaden praworządny obywatel nie przyznałby się za nic. Można w niej było znaleźć dokładne zaprzeczenie tego spokojnego i przyjaznego miasteczka – rozpadające się kamienice z czerwonej cegły, podejrzane sklepy na kilometr cuchnące czymś niestrawnym, dziurawe drogi i fabryki wypluwające w powietrze mnóstwo trującego dymu. Najważniejszym i zarazem najokropniejszym elementem tego przebrzydłego miejsca byli jego mieszkańcy, w większej części ponurzy osobnicy o zmęczonych twarzach, biednie odziani pijani mężczyźni, przestraszone kobiety o bezbarwnym spojrzeniu i płaczliwe, brudne dzieci, gotowe na wszystko, aby zdobyć choć jeden kawałek chleba. Jak wiadomo, nad tego typu miejscami zazwyczaj gromadzą się szare chmury, z reguły przyciągane przez ludzkie nieszczęścia. Tak też działo się owego wtorku nad dużym, burym budynkiem o brudnych oknach. Znajdował się on w centralnej części dzielnicy slumsów. Nie był ani zbytnio oddalony od rzeki, ani od peryferyjnych fabryk produkujących głównie klej i inne akcesoria biurowe. Ot, złoty środek, jakby niezdecydowany, czy chce przynależeć do ładniejszej części Charmsville, czy też przyznać się otwarcie do swego ubóstwa. W owym budynku mieścił się przytułek dla sierot imienia świętego Jerzego, o czym świadczyły zaśniedziałe litery widniejące nad odrapanymi głównymi drzwiami wejściowymi. Naprzeciwko sierocińca, po drugiej stronie ulicy znajdował się zdewastowany plac zabaw, zazwyczaj bardzo zatłoczony. Także tamtego dnia nad ulicą Os słychać było dziecięcy gwar. Grupa młodocianych osobników w wieku mniej więcej przedszkolnym bawiła się w berka. Rozrywka ta wydawała się w tamtej chwili być ich jedynym przeznaczeniem – słabo zbudowany, czarnowłosy chłopiec o piwnych oczach z uśmiechem gonił piszczących towarzyszów, wykrzykując co chwila : „złapię cię!”, albo „nie uciekniesz mi”. Nie przejmował się jednak wygraną – ważna była dla niego tylko zabawa. Całej tej zgrai pilnowała niewysoka dziewczyna o ciemnobrązowych włosach, ubrana w stary, czarny płaszcz, zielony szalik i szmaragdową czapkę. Z całą pewnością nie była chuda, ale też nie za gruba. Oczy miała jasnoszare, a jej twarz zdobiły rzadkie piegi. Siedziała na niskiej, czerwonej ławce. Czytała „Odyseję” Homera. Głowę lekko pochyliła nad książką, gdyż bezlistna gałąź rosnącej tuż obok miejsca, w którym siedziała wierzby uporczywie zasłaniała jej tekst. Nie zwracała najmniejszej uwagi na dzieci bawiące się w pobliskiej piaskownicy. Nagle do dziewczyny podbiegł na oko siedmioletni chłopak. Ubrany był, tak jak wszyscy wychowankowie sierocińca, w szarą bluzkę, ciemnoniebieską kamizelkę z zielonym obszyciem i nieco zbyt duże spodnie. Włosy i oczy miał ciemnobrązowe, a nos bardzo zakrzywiony i duży. Nie bawił się wcześniej z resztą dzieci. - Ath, mamy chyba nową… - powiedział to tak szybko, że dziewczyna, całkowicie zajęta czytaniem, przez chwilę musiała zastanowić się nad sensem wypowiedzianych przez niego słów. - Jerry, czemu nie przekazałeś tego od razu do pani Jenkins? Ja tutaj tylko pomagam. - Ale… Ja myślałem, że masz bliżej do bramy i w ogóle… - … I w ogóle to nie chciało ci się wchodzić do budynku. Rozumiem. - Wiesz, że musisz tam pójść, chociaż wolisz czytać tą swoją głupią książkę. – powiedział złośliwie. – Nie odzywaj się do mnie więcej tym tonem, Jerry. – Ja po prostu mówię prawdę. Musisz tam iść. - Wiem, ale to nie znaczy, że masz prawo być tak bezczelnym. No dobrze, zaprowadź mnie do tej nowej, ale następnym razem pójdź do pani Jenkins, to jej działka. - Chłopaka wyraźnie ucieszył triumf. Nie lubił Atheny za jej sztywne umiłowanie wszystkiego rodzaju reguł, a w dodatku była od niego starsza. Wbrew pozorom nie płacono jej za pracę w sierocińcu – mieszkała w nim od szóstego roku życia, a więc dzieci niezbyt zważały na jej zakazy i polecenia, a najczęściej w ogóle nie chciały słuchać. Najgorzej miała z osobnikami powyżej czternastego roku życia – młodsi byli od niej tylko o dwa lata, a uważali się za całkowicie dorosłych. Westchnęła, złożyła książkę, wykorzystując kciuk jako zakładkę i wstała z ławki. Jerry prowadził ją w kierunku bramy sierocińca. Lawirowali między skrzypiącymi, zardzewiałymi huśtawkami, niestabilnymi równoważniami, rozpadającymi się zjeżdżalniami i bawiącymi się na nich dziećmi. Wszystkie z nich wydawały zupełnie nie przejmować się swoją sytuacją; śmiały się i rozmawiały normalnie, pomimo szarych chmur wiszących im nisko nad głowami. Ath zawsze zastanawiało to, jak jej rówieśnicy radzą sobie z problemami – sama jako dzieciak była cicha, spokojna i opanowana, rzadko mówiła, a jeżeli już, to jej wypowiedzi niewiele odstawały poziomem od wypowiedzi dorosłych. Nie oznaczało to bynajmniej, że była jakimś geniuszem; często przed zajęciem uzasadnionego stanowiska w dyskusji bardzo długo musiała rozmyślać nad daną tematyką, ale właśnie to „filozofowanie” dawało jej najwięcej przyjemności. We własnym umyśle posiadała kontrolę nad wszystkimi, a ład i porządek byli jej najlepszymi sprzymierzeńcami, o ile ona sama wyznaczała reguły. Stanęli przed ciemnozieloną bramą. Obok niej, po bokach rosły dwa mizerne drzewka, ledwo utrzymujące się w ziemi przy nieco mocniejszych podmuchach wiatru, który owego dnia wiał wcale mocno. - Gdzie jest ta nowa? Nigdzie jej nie widzę. – spytała Jerry’ego, obawiając się, czy nie był to przypadkiem jakiś głupi dowcip z jego strony. O dzieciach wiedziała jedno – nie można było się po nich spodziewać żadnych schematycznych zachowań, a tego zdecydowanie nie lubiła. - Siedzi tam, pod drzewem. – Chłopak wskazał miejsce pomiędzy drzewem a siatką ogrodzenia. I rzeczywiście, siedziała tam drobna, jasnowłosa dziewczynka w szaroniebieskiej sukience, białych rajstopkach uwalanych w błocie i czarnych lakierkach o błyszczących noskach. Płakała, twarz chowając w ramionach. Ath podeszła do małej i przyklękła. Jerry, nie za bardzo wiedząc, co robić, wzruszył ramionami i chciał odejść. - Hej, chłopcze, gdzie się tak spieszysz? Możesz być jeszcze potrzebny. – powiedziała opiekunka, mając dość arogancji chłopca. Wiedziała, że jako sierota może on mieć braki w wychowaniu, ale denerwował ją tak bardzo, że nie zważała na jego ogólną sytuację. Jerry ponownie wzruszył ramionami i zaczął przypatrywać się Athenie, bezskutecznie próbującej uspokoić dziewczynkę. Brała się zresztą za to bardzo niezręcznie. - Mała, nie wygłupiaj się, przecież nic się nie stało! Wstawaj, pobawisz się z dziećmi… - Dziecko nie reagowało. - Psia mać. - Athena zaklęła, zupełnie nie przejmując się nieletnim towarzystwem. - Powiem pani Jenkins! – krzyknął Jerry. - Nic nie powiesz, bo inaczej ona dowie się o twoich wybrykach. No, dziewczynko, powiedz mi, jak masz na imię? - K-k-kim jesteś? Mama zabroniła mi rozmawiać z obcymi… – zapytała mała przez łzy, z przestrachem spoglądając na Ath. - Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy. Twoja mama miała rację – z obcymi nie wolno rozmawiać, to złe, ale ja już nie będę dla ciebie obca. Mam na imię Athena, a ty? - A po co ci to? – spojrzała na nią podejrzliwie spod długich, niezwykle ciemnych jak na jasną karnację rzęs. - Jeżeli chcesz wrócić do domu, to… - Ja chcę do mamy! Do taty! Do rodziców! Ja chcę do domu…- Dziewczynka znów się rozpłakała. - Jeżeli chcesz wrócić do domu, musisz mi wszystko opowiedzieć, bo inaczej nigdy już nie zobaczysz rodziców! – Ath nagle się zorientowała, że nie było to najlepsze posunięcie. Przestraszone dziecko z całą pewnością nie będzie miało już ochoty na jakąkolwiek współpracę. Rzeczywiście, mała płakała coraz bardziej spazmatycznie, a dreszcze przebiegały całym jej ciałem. Opiekunka dotknęła jej czoła; było bardzo gorące. Westchnęła i wstała, rozcierając obolałe kolana. - Jerry, leć po panią Jenkins. – powiedziała. Chłopak wbiegł do środka sierocińca, zatrzaskując za sobą drzwi. Athena odprowadziła go wzrokiem, sama zastanawiając się nad tym, ile jeszcze czasu będzie zmuszona spędzić w tej zapadłej dziurze, jaką było Charmsville. Chciała się uczyć, poznawać świat, a nie skończyć jak pani Jenkins, która była wychowanką przytułku dla sierot imienia świętego Jerzego. Nikt jej nie chciał, tak samo jak nie chciano Atheny. Przez dziesięć lat patrzyła, jak bardziej żywiołowe i radosne dzieci odchodziły do swoich nowych rodzin. Nie czuła niczego, poza zazdrością i zawiścią – żadnego smutku. Być może takie właśnie uczucia, jak smutek i strach zabiły w niej wydarzenia sprzed dziesięciu lat. Nie pamiętała wydarzeń dnia, w którym uciekła z domu. W zakamarkach podświadomości pozostały jej tylko wspomnienia krzyku, krwi i trzaskania drzwiami, nic poza tym. Swoimi myślami i emocjami potrafiła bezbłędnie sterować, dowolnie zmieniać szczegóły wydarzeń, a nawet zmuszać się do zapomnienia o nich. Nie uważała tego za jakąś cudowną umiejętność, wręcz dziwiło ją to, że inni jej nie posiadali. Być może wykształciła ją u niej potrzeba zabicia w sobie zbyt dużego natłoku niepotrzebnych uczuć; poczucia winy, kiedy trzeba było skłamać o swojej przeszłości, lub też posiadała ją od urodzenia. Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiała. Spojrzała na szlochającą u jej stóp dziewczynkę. Czemu jej nie dano tego samego daru, co mi? Pomimo szczerych chęci nie potrafiła znaleźć na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. *** Ath siedziała w półmroku na twardym, obitym szorstką, ciemnobrązową tkaniną fotelu. Obok, na małym łóżku przykrytym spraną, szarawą pościelą spała mała dziewczynka o włosach jasnych jak promienie słońca. Ubrana była w brudnoniebieską koszulę z lnu, o parę rozmiarów na nią za dużą. Oczy miała delikatnie przymknięte. Oddychała głęboko i spokojnie. Tuż przy posłaniu, na nocnej szafce stała szklanka wody i bardzo zużyta świeca, paląca się nikłym płomieniem. Dawała niewiele światła, ale było ono ciepłe i przyjemne dla oka. Pokój zresztą wiele zyskiwał w owym półmroku; nie widać było smug zielonkawej farby na staroświeckiej, nieco ozdobnej szafie, stojącej w prawym rogu pokoju tuż przy oknie zasłoniętym białymi, haftowanymi w kwiatowe wzory firankami. Za oknem panowała już noc; ulica przykryta mgłą zdawała się spokojnie spać; nie oświetlały jej od dawna zepsute latarnie. Na ścianie prostopadłej do okna wisiał spłowiały obraz przedstawiający młodą blondynkę z dziewiętnastego wieku, ubraną w białą suknię i trzymającą w ręku ozdobną parasolkę. Pod obrazem stało pęknięte lustro odbijające wszystko podwójnie. Athena lubiła ten pokój, chociaż był on taki sam jak wszystkie inne. Nie chodziło jej jednak o wnętrze – przeżyłaby bez obrazu zastygłej na zawsze w jednej pozie wielkiej damy, nic by się jej nie stało bez szafy, pamiętającej lepsze czasy, chociaż zapewne lubiłaby się z nią tymi wspomnieniami dzielić w chwilach smutku, ale z całą pewnością uwielbiałaby widok na ulicę, po której i tak nigdy nie jeździły samochody, będące w dzielnicy slumsów przedmiotem wielkiego zbytku. Zobaczyłaby „prawdziwe” życie, nieograniczone murami sierocińca. Pomimo swojego umiłowania do zasad chwilami miała ochotę uciec z przytułku, zostawić Charmsville i odejść w szeroki świat. Poznać nowe drogi i ludzi, którzy nie traktowaliby jej protekcjonalnie… Ath wróciła myślami na ziemię. Pani Jenkins kazała jej opiekować się nową – a poleceń przełożonych, jak wiedziała, nie wolno było lekceważyć. Dziewczynka leżąca na łóżku poruszyła się nieznacznie i jęknęła przez sen. Po chwili usiadła na posłaniu i potoczyła po pokoju nieprzytomnym wzrokiem. - Gdzie ja jestem? Ja chcę do mamy, do domu! – krzyknęło dziecko. - Spokojnie. Z całą pewnością wrócisz do rodziców, jeżeli teraz odpowiesz na parę pytań… - Nie wrócę, w domu nikogo nie ma, a w ogóle tam są duchy! – rozpłakała się. - No już, nie płacz, nie płacz. Jakie duchy? Duchy nie istnieją i nic nie mogą ci zrobić. - Ale tata mówił, że w domu są! Kłamiesz! Tata musiał mówić prawdę! – Na szczęście mała nieco się uspokoiła; widać miała zamiar bronić honoru swojego ojca. - A jak twój tata się nazywa? – Ath miała nadzieję obrócić sytuację na własną korzyść. - Christopher Robinson. I on jest na pewno mądrzejszy od ciebie. - O, tak, na pewno. – powiedziała opiekunka, wyjmując z kieszeni notes i długopis – A mama? - Mama też jest od ciebie mądrzejsza! - Ale jak ma na imię? To bardzo ważne. - Claire. To bardzo ładne imię, prawda? Moje ulubione. - Śliczne. A jak ty masz na imię? – spytała Ath, notując. Niewiele widziała w półmroku, ale miała nadzieję, że uda jej się później siebie rozczytać. - Amy. To skrót od Amelia. Prawda, że ładne? – dziecko wydawało się być dumne ze swojego imienia. Nie miało widać nawet pojęcia, jak bardzo było ono pretensjonalne. - Przepiękne. Skoro się tak ładnie nazywacie, to pewnie mieszkacie w równie ładnym domu? - O, tak! Jest bardzo duży i ma takie fajne okna, z których widać ogród! A nasz ogród jest najpiękniejszy na świecie, mówię ci! I jest w nim fontanna, a dalej są budy dla psów, drzewa i kwiatki, które latem są straszliwie kolorowe! - To cudownie. A gdzież się ów istny pałac znajduje? – Ath miała nadzieję, że dziecko nie wie jeszcze, co to jest ironia. - Lavon Avenue 12. To taka śliczna aleja z mnóstwem drzew… - Aha… A czym zajmowali się twoi rodzice? – Opiekunka musiała jakoś ukryć zdumienie. Lavon Avenue była ulicą zamieszkiwaną przez największych snobów w Charmsville, pełną wyniosłych willi i równie wyniosłych właścicieli. Dzieci z tego rodzaju miejsc rzadko trafiały do sierocińca – rodzice nie mieli zbyt wielu powodów, aby się ich pozbywać. - Tata pracował w banku, a mama robiła ubrania. - Szyła? – Ath zdziwiło zajęcie matki Amy. W końcu bogaci rzadko musieli chwytać za igły z przymusu, a niewielu zapewne w ogóle miało jako takie pojęcie o szyciu. Byłoby to też dość nietypowe hobby, psujące w dodatku wzrok. - Nie, rysowała. – powiedziała dziewczynka. Prezes banku i projektantka mody, pomyślała opiekunka. Typowa para, z której Charmsville powinno być dumne. - A właściwie to… Czemu tutaj jesteś? To znaczy, dlaczego nie jesteś w tej chwili w domu? Co się stało? – Athena musiała zadać to pytanie. Nie czuła, aby było to stosowne pytanie wobec dziecka, które z całą pewnością wiele przeżyło i było załamane, ale… To w końcu nie ona była załamana, tylko ta mała. Ona była po prostu ciekawa. Amy jednak nie wzięła tego za złe; być może była po prostu w nastroju do zwierzeń. - U nas w domu straszy, tak powiedział tata przedwczoraj wieczorem. A dzisiaj rano w domu było straszno i pusto. Bałam się i wyszłam i tak doszłam aż tutaj. – Ath nie mogła uwierzyć w to opowiadanie. Przeczyło ono wszelkim znanym jej prawom logiki. - Duchów nie ma. - U nas są. Jak chcesz, to możesz sprawdzić. - Dobrze. Pójdę tam jutro i zobaczę te „duchy”. A teraz dobranoc. -Opiekunka wiedziała, że to dziecinne, ale rzeczywiście chciała dowiedzieć się, co tak bardzo przeraziło państwa Robinsonów, że postanowili natychmiast wynieść się z domu. Nie bała się, bo i tak nie miała nic do stracenia. Zgasiła świecę i wyszła z pokoju, zamykając drzwi. Musiała się wyspać – jutro czekała na nią pierwsza od wielu miesięcy podróż, nie długa co prawda, ale zawsze podróż. Udowodnię Amy, że duchów nie ma, ona wróci do domu, a ja… Ja wrócę do sierocińca. I wszystko będzie po staremu, normalnie. No cóż, pomyłki chodzą po ludziach. komentarze [23] Kolejne blogowe opowiadanie... niedziela, 28 stycznia 2007, 18:02:18 Ale mam nadzieję, że nie takie jak wszystkie. Niedługo poznacie dzieje Atheny Emeley i mam nadzieję, że Wam się one spodobają. Odkryje ona Tajemnicę swojego pochodzenia i istnienia świata ludzi, które uzależnione jest od siły tak kruchej, że aż wzbudzającej strach... Jak sądzę pierwsza porządna notka pojawi się za dwa, trzy dni, gdyż ostatnio miewam dzikie ataki weny. Autorka. komentarze [0] |
|
||
![]() |